na pchlim targu można znaleźć wszystko - tak jak u mnie. Będzie więc o dzieciach, książkach, patchworkach, wieńcach adwentowych i szydełkowych firankach i serwetkach
poniedziałek, 16 lutego 2009

 

O Marku Krajewskim i jego kryminalnych powieściach słyszałam już dawno i to, co słyszałam, było bardzo pochlebne i sprawiło, że książki przez niego napisane bardzo chciałam przeczytać. Miałam nawet czytelnicze wyrzuty sumienia, że jeszcze tego nie zrobiłam. Jestem właśnie po lekturze "Festung Breslau" i... dochodzę do wniosku, że to moje poczucie winy było mocno przesadzone - tak jak zachwyty nad panem Krajewskim i jego książkami. A znajomość moją z tym autorem zaczęłam od jego rzekomo najlepszej książki, choć ostatniej w 4-częściowej serii o Eberhardzie Mocku. Może wcześniejsze części są lepsze, ale cóż - nie mam ochoty zapoznawać się z nimi. Powiem tylko tyle - generalnie książkę czytało mi się bardzo źle - ciężko, topornie, przez niektóre fragmenty wprost nie mogłam przebrnąć, a nagromadzenie przekleństw i wulgaryzmów przyprawiało mnie o dreszcze (choć do tych najdelikatniejszych nie należę i mimo całego mojego z nimi osłuchania - po prostu nie lubię) - powieściowe postaci "kurwują" na lewo i prawo (ale chyba dla zrównoważenia tego cytują też łacińskie sentencje). Raziło mnie też przedstawienie bohaterów, momentami nie tyle mocno zarysowane, co po prostu przerysowane. Styl powieści? Zbyt wiele kontrastów (bardzo przejaskrawionych), napisana tak, że nie "wciąga" w swój nurt, nie zapiera tchu w piersiach i nie zaskakuje. Mnie przynajmniej. Łapałam się na tym, że podczas czytania nie mogę się skupić i... myślę o czymś innym. Poza tym nie trzeba jej doczytywać do końca, żeby się dowiedzieć, kto zabił. Nie mogę też powiedzieć, że nie lubię powieści kryminalnych, bo lubię i czytam od czasu do czasu. Nie jest to też kwestia sięgnięcia po tę książkę w nieodpowiednim momencie - jestem przekonana, że kiedykolwiek bym po nią nie sięgnęła, i tak nie podobałaby mi się. Cóż, nigdzie nie jest powiedziane, że wszystko, co czytamy, musi nam się podobać.

Akcja powieści osadzona jest we Wrocławiu w ostatnich tygodniach wojny, wiosną 1945 roku. Sześćdziesięciodwuletni, zawieszony w obowiązkach oficer Eberhard Mock prowadzi prywatne śledztwo w sprawie zabójstwa pasierbicy znanej antyfaszystki. Doświadczony przez życie bohater przemierza bombardowane miasto, nieustannie narażając się na śmierć. Musi wybierać pomiędzy potrzebą wyjaśnienia sprawy a chęcią zapewnienia bezpieczeństwa żonie, pomiędzy ucieczką z Breslau a pozostaniem w mieście.

Festung Breslau to mistrzowsko skonstruowany kryminał, czerpiący z najlepszych tradycji gatunku, niebanalny i zaskakujący. Znakomity język współtworzy zagadkowy nastrój, trzymająca w napięciu intryga powoli odsłania przed czytelnikami swoje tajemnice, postacie są interesujące i niejednoznaczne. Krajewski z niezwykłą dokładnością kreśli obraz dawnego Wrocławia. Tym razem czytelnik prowadzony jest także przez podziemną część miasta, zamienionego przez Niemców w twierdzę.

Stali czytelnicy odnajdą w czwartej części cyklu to, co w nim najlepsze, dla nowych stanie się ona z pewnością początkiem lekturowej przygody.

Dla mnie ta przygoda skończyła się, zanim jeszcze zdążyła się zacząć. A w planach czytelniczych mam jeszcze jedną książkę z tych kryminalnych powieści z akcją rozgrywającą się w wojennych realiach - wprawdzie innego autora (Philip Kerr "Marcowe fiołki", w sumie 5 części), ale jestem ciekawa jak wypadnie porównanie i czy w ogóle da się je porównać. Z noty wydawcy dowiedziałam się, że śledztwa będą prowadzone w czasach potęgi i upadku III Rzeszy, czyli w zasadzie w tym samym czasie, co seria książek o Eberhardzie Mocku.

Poczytamy, zobaczymy...

Wydawca: Wydawnictwo WAB
Ilość stron: 286
ISBN: 83-7414-210-3
EAN: 9788374142106
Indeks: 69423857

08:22, katja126 , Czytam
Link Komentarze (2) »
niedziela, 15 lutego 2009

Nie wychodzi mi nic innego, niestety, a i to ciasto, gdy je piekłam wcześniej, nieraz lądowało w koszu na śmieci. Od pewnego jednak czasu udaje się za każdym razem - i jako placek z owocami, i w formie przepysznych nadziewanych powidłami śliwkowymi rogalików (choć z niektórych wiarygodnych źródeł i z własnego doświadczenia wiem, że nie każdemu się ono, czyli drożdżowe, udaje). Z racji częstego wypiekania doszłyśmy już do takiej wprawy, że w teraz to już i moje dziewczyny same pieką, i do przepisu nie musimy zaglądać, tylko pieczemy na tzw. "oko".

Wielkopolskie rogaliki drożdżowe

Składniki na zaczyn: 1 kostka świeżych drożdży, dwie łyżki mąki (ja używam zawsze koszalińskiej), 1 łyżka cukru i kilka łyżek letniego mleka - wszystko to utrzeć łyżką na gładką masę i odstawić na 10 minut w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (zaczyn robię zawsze w misce miksera, w której potem wyrabiam całe ciasto, dodając kolejne składniki - mam później mniej zmywania)

Ciasto: 1 kg mąki, 1-1,5 szklanki letniego mleka z rozpuszczonymi 100 g "Kasi", 6 całych jaj, 6-8 łyżek cukru i szczyptę soli dodajemy do wyrośniętego zaczynu i wyrabiamy gładkie ciasto, które następnie leciutko oprószamy mąką na wierzchu i w tej samej misce, w której je wyrobiliśmy, odstawiamy w ciepłe miejsce na ok. 30 minut do wyrośnięcia. Całość nakrywamy lnianą ściereczką -  nic nam do tego ciasta nie wpadnie i nie obeschnie.

Włączamy piekarnik i nagrzewamy go do temperatury 180 stopni

Kiedyś słyszałam opinię, że ciasto drożdżowe jest dobrze wyrośnięte wtedy, gdy podczas wyrabiania "puffnie" 100 razy. Nie wiem, czy tak jest rzeczywiście, bo po pierwsze robi to teraz za mnie maszyna - moje cudo kuchenne - ważacy prawie 13 kg waniliowy KENNWOOD, a po drugie - kiedyś, gdy ciasto wyrabiałam ręcznie,tzn, drewnianą łyżką - to po kilku minutach ręka tak mnie bolała, że gubiłam się w liczeniu. Ważne jest, aby w cieście nie było grudek i żeby podczas wyrabiania wtłoczyć w nie sporo powietrza - wtedy na pewno "ruszy się".

Po wyrośnięciu ciasto dzielimy na 4 równe części i każdą z nich rozwałkowujemy na cienki okrągły placek, który następnie dzielimy na 8 kawałków (tniemy nożem "po średnicy"), smarujemy powidłami, zwijamy i układamy rogaliki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy ok. 7 - 10 minut. Po wyjęciu z piekarnika należy zdjąć rogaliki z blachy i odłożyć do ostygnięcia, a następnie polukrować - mnie tę ostatnią czynność udaje się wykonać bardzo rzadko - dwie pierwsze porcje znikają od ręki "na ciepło", w czasie pieczenia już robiona jest kawa i pyszna aromatyczna herbata karmelowa, a mój Ka. z dziewczynkami i moim Tatą pozostawiają po takiej uczcie zazwyczaj tylko kilka sztuk, których nie opłaca mi się już lukrować:-). Jeśli do tego wszystkiego zjedzie się jeszcze Tjotja Njusja z eM. i chłopakami, to zazwyczaj znikają wtedy wszystkie rogaliki. Siedzimy sobie wtedy dość długo przy kuchennym stole, opowiadamy i śmiejemy się wspólnie, wdychając aromat upieczonych specjałów, dzieciaki biegają i krzyczą z radości ile wlezie, a my wygrzewamy się w cieple bijącym od piekarnika i cieszymy z tego, że jesteśmy razem...

Jako nadzienia używam też ćwiartek obranych jabłek i musu jabłkowego, bo Najstarsza nie lubi powideł. Nie polecam dżemów, bo one zawsze wciekają na zewnątrz i rogaliki są bardzo oklejone - co z kolei z uwagi na Najmłodszą jest bardzo niepraktyczne.

Lukier: 3/4 szklanki cukru pudru i 3 łyżeczki przegotowanej zimnej wody (nie robię lukru na białkach jaj, bo boję się salmonelli) - ten na wodzie też się dobrze udaje i nadaje:-)

Z podanych przeze mnie proporcji wychodzi ok. 40-50 malutkich i średnich rogalików

                                      Starszomłodsza przygotowuje ciasto na rogaliki

sobota, 14 lutego 2009

Od aerien dostałam wyróznienie - cieszę się niezmiernie i jest mi bardzo miło, bo odkąd pamiętam, nigdy nie udało mi się niczego wygrać ani otrzymać o, tak sobie (nie licząc 2. miejsca w konkursie na piosenkę kolonijną Kaczory '79 trzydzieści lat temu - przy czym wspomniane Kaczory to miejscowość, w której byłam na kolonii, a nie hasło przewodnie powiązane z pewnym ugrupowaniem politycznym:-).

Teraz ja muszę wyróżnić 7 blogów i jak znam życie to nie będę mogła zdecydować się.

1. brulion be.el - za wielogodzinne i kreatywne o książkach gadanie i książek pożyczanie.

2. Półeczka z książkami - za ciekawe podpowiedzi, co dzieciom czytać, a co lepiej omijać szerokim łukiem

3. Słowem malowane - za wspaniały klimat - i to, co pisane, i to, co malowane, bardzo mi się podoba.

4. Przeczytałam książkę - za propozycje ciekawych książek i ciekawe o nich pisanie

5. Kobieta i szycie - za wspaniałe zakładki do książek. Cudne!!!

6. Dziergadełka - nitki i szydełka - za wytrwałość i determinację w "stawianiu" krzyżyków - podziwiam, bo sama umiem, ale za grosz cierpliwości i czasu na to nie mam

7. Robótkowe poddasze - za przecudne wyszywane metryczki

Zasady przyznawania wyróżnienia:
- na swoim blogu umieszczamy logo Kreativ Blogger, oraz informujemy, kto przyznał wyróżnienie
- nominujemy 7 blogów lub więcej do nagrody i podajemy link każdego z tych blogów
- informujemy wyróżnionego o nominacji w komentarzach na jego blogu.

sobota, 07 lutego 2009

Książka, o której dziś chcę napisać wpadła mi w ręce przypadkiem – bo nie było akurat nic ciekawszego w mojej ubogiej w interesujące tytuły prowincjonalnej bibliotece. Ale przeczytanie jej było dla mnie ogromną przyjemnością i sprawiła ona, że znów jestem zachwycona przeczytaną książką (ostatnio dość często mnie to spotyka). Jest ona kolejnym nieplanowanym etapem w mojej podróży w czasie – jak widać, nie jadę wyznaczoną trasą, tylko zbaczam z niej ciągle, by poznawać inne ciekawe miejsca po drodze. A do celu mojej podróży przecież dojadę – nieważne, czy prostą drogą, czy też objazdami. 

„Noc świętego Bartłomieja” to wspaniała powieść historyczna, której autorem jest Lorenzo de Medici, ostatni żyjący potomek rodu Medyceuszy; powieść odwołująca się do rzeczywistych wydarzeń, mających miejsce w nocy z 23 na 24 sierpnia 1572 roku w Paryżu, kiedy z rozkazu królowej Katarzyny Medycejskiej  zostali wymordowani  francuscy protestanci, zwani hugenotami, (uważani przez katolików – z papieżem Grzegorzem XIII włącznie – za heretyków). W tekstach źródłowych można też spotkać inne określenia wspomnianej już nocy św. Bartłomieja - „krwawe gody paryskie” lub „krwawe wesele” ze względu na to, że zamordowani hugenoci byli w większości gośćmi przybyłymi z całego kraju do Paryża na uroczystość zaślubin Małgorzaty de Valois, katolickiej księżniczki i zarazem córki Katarzyny Medycejskiej , która 18 sierpnia 1572 r. wyszła za mąż za Henryka Burbona, króla Nawarry (krainy historycznej położonej w północnej Hiszpanii i południowo-zachodniej Francji), jednego z przywódców hugenotów.  Ślub tych dwojga – symbol  połączenia się dwóch potężnych królewskich rodów (protestanckiego i katolickiego) miał przypieczętować pokój zawarty w 1570, na mocy którego protestanci cieszyli się – wprawdzie ograniczoną, ale zawsze - swobodą wyznania, stał się natomiast iskrą zapalną na tę beczkę prochu, którą wówczas był Paryż wraz ze swymi mieszkańcami i ich wrogimi wobec hugenotów nastrojami. W tragicznych wydarzeniach nocy z 23 na 24 sierpnia 1572 r. żołnierze gwardii królewskiej wspomagani przez tłumy Paryżan zabili około 3 tys. Hugenotów – zamieszki miały miejsce również w innych miastach Francji i trwały jeszcze przez kilka tygodni, a podczas krwawego rozprawiania się z innowiercami śmierć poniosło do końca września ok. 20 tys. Hugenotów (niektóre źródła podają nawet liczbę 100 tys. ofiar).  

Jest 5 stycznia 1589 roku. Poznajemy Katarzynę Medycejską, blisko siedemdziesięcioletnia francuską królową matkę, pochodzącą z rodu Medyceuszy, w chwili, którą można śmiało określić bardziej jako ponurą niż podniosłą. Królowa leży na łożu śmierci – stan jej zdrowia ostatnio bardzo się pogorszył i męczy ją bardzo silny kaszel spowodowany bronchitem, wysoka gorączka, podagra i WIEK – przypadłość, z którą nie dało się królowej wygrać. Katarzyna jest jednak w głębi duszy przekonana, że jej godzina jeszcze nie nadeszła. Już wielokrotnie ocierała się o śmierć i tym razem też jej się uda wywinąć - królowa w to wierzy, ale czy tak będzie rzeczywiście? We wcześniejszych latach była zwolenniczką astrologii i wiedzy tajemnej – wierzy więc teraz w pewną przepowiednię związaną ze swoją śmiercią. Czy przepowiednia się spełni? Ja już to wiem.  

Katarzyna wspomina swoje życie i czasy panowania – w jej wspomnieniach Italia, z której pochodziła, pozostała na zawsze cudownym krajem, jego mieszkańcy uśmiechnięci i uprzejmi, a włoskie place, pałace i ogrody najpiękniejsze  na świecie. Francuska królowa nigdy nie przestała czuć się Włoszką i - mimo, że mieszkała we Francji od 56 lat - do końca swego życia mówiła po francusku ze specyficznym akcentem, który jej poddani potajemnie wyśmiewali. Katarzyna sprawowała we Francji twarde rządy przez 42 lata, bez pobłażania i okazywania słabości. Leżąc na łożu śmierci myśli o sporządzeniu testamentu i zabezpieczeniu przyszłości ok. 500 osób ze swojej świty (miała np. 66 dworzan, 58 doradców, 108 sekretarzy, 51 kapelanów, 23 medyków, 50 pokojowych, 40 kucharzy i wielu, wielu innych). W swoich wspomnieniach najczęściej wraca myślami do swojej pokojówki - „małej” Tinelli, która zaskarbiła sobie sympatię starej królowej. 

Mogłoby się wydawać, że nic ciekawego nie będzie się działo na kartach tej powieści – ot, leży sobie stara kobieta, oddaje się wspomnieniom, w których nie potrafi sama sobie odpowiedzieć na pytanie, czy była w swoim życiu szczęśliwa. W tych wspomnieniach postrzega siebie przede wszystkim jako królową, a dopiero potem jako żonę i matkę.  

Książka Lorenzo De Medici jest moim zdaniem wspaniale napisana – z wieloma detalami, autor doskonale orientuje się w faktach historycznych, które opisuje. Niemal godzina po godzinie śledzimy bieg wydarzeń tamtego dnia, poznajemy okoliczności i intrygi oraz konkretne osoby, które miały wpływ na masakrę hugenotów. Albo powiem inaczej – już po skończeniu książki, gdy sięgnęłam do źródeł historycznych na temat tych wydarzeń i czytałam opracowania historyków, doszłam do wniosku, że moja wiedza pozwala mi się nawet całkiem dobrze orientować w tym temacie. Oczywiście książka de Mediciego obfituje w niezliczoną ilość fikcyjnych postaci i wydarzeń, ale wszystko to jest ze sobą tak wspaniale połączone, że czytelnik ma w trakcie czytania świadomość tego co się dzieje, uczestniczy w spiskach, intrygach, potajemnych schadzkach albo wykwintnych obiadach. To przechadza się wraz z królową po pomieszczeniach prywatnego skrzydła Luwru, to spaceruje z Tinellą malowniczymi uliczkami Paryża. Ma wrażenie, że widzi dwór podlegający bardzo surowemu ceremoniałowi, gdzie każdy ma swoje określone miejsce i zadanie do wykonania – postrzegane przez ówczesnych Katarzynie Medycejskiej jako drobne przywileje, ale za to bardzo zazdrośnie strzeżone. Autor świetnie nakreślił tło obyczajowe tamtych czasów (przedstawiając nam szczegóły na przykład tego, co się nosiło, jadało, jak urządzone były apartamenty królewskie albo wynajęty pokoik ubogiego młodzieńca, starającego się względy pokojówki Tinelli).  

Po lekturze „Nocy świętego Bartłomieja” doszłam do wniosku, że książka ta w jakiś sposób próbuje wytłumaczyć motywy decyzji i rozkazów Katarzyny Medycejskiej, jest próbą pokazania ludzkiej twarzy wielkiej królowej. Ale czy da sie wytłumaczyć i przede wszystkim – czy da się usprawiedliwć to, co się wtedy stało? I czy rzeczywiście było to konieczne, że Paryż spłynął krwią kilku tysięcy hugenotów. Sama Katarzyna - żądna władzy i bezwzględna, nie mogąc pogodzić się z utratą wpływów w państwie i zepchnięcia jej do roli tylko królowej matki - usiłuje za wszelką cenę nie tracić wpływu na swego syna, króla Karola IX - aby go ratować przed rzekomymi zamachami ze strony hugenotów, tłumaczy sobie, że usunięcie ich jest wyższą koniecznością - królowa liczy się z ewentualnymi nieprzyjemnymi konsekwencjami swej decyzji, nie przewidziała jednak, że zginie aż tylu ludzi.

W książce mowa jest o początkowo 50 hugenotach, którzy mieli zostać zgładzeni – ostatecznie  w efekcie tej największej w dziejach Francji wojny religijnej zginęło 20 tys. ludzi. Prawdziwym znakiem ówczesnych czasów była jednak reakcja papieża. Grzegorz XIII nie tylko nie potępił pogromu, ale na wieść o nim kazał... odprawić mszę dziękczynną, a Katarzynie Medycejskiej posłał specjalne gratulacje. Polecił też wybić specjalny medal, upamiętniający rzeź hugenotów. „Noc świętego Bartłomieja” to powieść taka, jakie lubię – gdybym miała użyć określeń z np. sztuki kulinarnej, powiedziałabym – dobrze wysmażona, przyprawiona akurat tyle, ile potrzeba, z wieloma dodatkami, podana w sposób bardzo wykwintny na eleganckiej i drogiej zastawie – a gdy się ją już skosztuje, nie można się nią w żaden sposób nasycić – ile by się nie zjadło, jest się ciągle głodnym.  

Moja ocena 6/6. Gorąco polecam!

Wydawca: Dom Wydawniczy Bellona
Ilość stron: 272
ISBN: 978-83-111-0576-8
EAN: 9788311105768
Indeks: 69511134
Tłumaczenie: Magdalena Adamczyk

czwartek, 05 lutego 2009

 

Jakoś tak się dzieje, że ja to zawsze wszystko z opóźnionym zapłonem. Tak jak i teraz - wszyscy już dawno przeczytali - a ja jak zwykle na końcu. Wszyscy już zdążyli zapomnieć, a ja się zachwycam. A, co mi tam - podobało mi się, i to bardzo. To kolejna książka, którą mogłam się delektować - napisana tak, że nie sposób przejść obok niej obojętnie. Tytułowe Zawrocie od razu mi się spodobało, a jego właścicielka, a właściwie dziedziczka Matylda, wzbudziła we mnie ogromną sympatię.

Babka Aleksandra umiera i w swoim testamencie zapisuje dom z ogrodem i sad wnuczce Matyldzie. Sytuacja, wydawać by się mogło, jak najbardziej normalna - ale nie tutaj, bo Matylda nie znała swojej babki. Nie utrzymywały ze sobą żadnych kontaktów, bo stary zatarg babki Aleksandry z matką Matyldy, Krystyną, nie pozwolił rozwinąć się więzi, jaka zazwyczaj łączy wnuki i dziadków.

Matylda zostawia więc na jakiś czas swoje warszawskie życie, pracę i mieszkanie i wyjeżdża na prowincję, gdzie wbrew pozorom wcale nie jest tak łatwo i prosto. Bohaterka odnajduje w zapisanym jej domu pamiętniki, pisane niegdyś przez jej dziadka, a po jego śmierci kontynuowane ręką jego żony, Aleksandry. Dzięki nim Matylda ma okazję poznać kawał rodzinnej historii oraz tych członków rodziny, z którymi przez wiele lat nie miała kontaktu.

Historia tego lata, które Matyldzie przyszło spędzić w Zawrociu, mnie osobiście bardzo się podobała - ciekawa fabuła, bogata językowo narracja. Podobała mi się mimo, że zanim sięgnęłam po tę książkę spotkałam się z bardzo skarajnymi opiniami na jej temat: od zachwytu po nienawiść, począwszy od tego, że to majstersztyk po stwierdzenia, że to książka mało ambitna, przegadana, bez filozoficznego podejścia do tematu; autorce zarzucano nawet, że ma swoich czytelników za - powiedzmy delikatnie - niemądrych, gdyż sama podaje wszystko na talerzu, nie dając czytelnikowi możliwości własnego "udziału" w lekturze. Może i tak. Ale ja jestem zwykłą czytelniczką i nie będę się silić na jakąś pseudokrytykę, bo krytykiem literackim nie jestem. Mnie się książka albo podoba, albo nie; albo książki nie doczytuję, bo nie mogę przebrnąć przez pierwszy rozdział, albo czytam z zapartym tchem i odwlekam przeczytanie ostatnich stron, żeby czytana historia za szybko się nie skończyła.

Na szczęście (dla mnie) "Tego lata w Zawrociu" ma swoją kontynuację - już zaczęłam czytać drugą część.

Autor: Hanna Kowalewska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka , Kwiecień 2007
ISBN: 978-83-7506-045-4
Liczba stron: 224
Wymiary: 125 x 195 mm

12:57, katja126 , Czytam
Link Komentarze (5) »
środa, 04 lutego 2009

 Wystarczy, że trochę słonko przygrzeje, śnieg na trawniku zacznie topnieć, ptaszek na parapecie usiądzie i zaćwierka, a ja już wiosnę czuję. Najchętniej zdjęłabym firanki (ale nie zdejmę, bo sama z Najmłodszą jestem, a ona za mną na drabinę wchodzi i boję się, żeby nie spadła), uprałabym je (ale tyle ich, że nie chce mi się takiej ilości firan akurat teraz prasować), okna bym umyła (ale przy takiej pogodzie skóra na dłoniach mi pierzchnie i pęka do krwi), otwarłabym te okna na oścież i wpuściła tyle świeżego, wiosennego powietrza, że zatykałoby podczas oddychania (ale Najmłodsza zapaleniem gardła rozłożona i mogłoby ją zawiać) - więc zamiast tego robię wiosenną czapeczkę dla Najmłodszej. A właściwie już zrobiłam - z resztek starych włóczek, z którymi nie było wiadomo, co zrobić, a tu proszsz... - nadały się pięknie. No i pięknie pasuje nowa czapeczka do wiosennej kurtki Najmłodszej. Za kilka tygodni będzie jak znalazł, kiedy ta ciepła, zimowa czapka będzie "za ciepła"... Mam nadzieję, że szybko te tygodnie zlecą.

A z tym wszystkim, co najchętniej bym zrobiła, gdy słonko na chwilę zza chmury wyjrzy - poczekam jednak na prawdziwą wiosnę i więcej ciepłych chwil, niż tych parę słonecznych godzin w calutkim tygodniu:-)))

 

wtorek, 03 lutego 2009

I znów kolejna wizyta w księgarni, tym razem zakończona zamówieniem dla moich dziewczynek. Nie mogłam się oprzeć. Teraz z niecierpliwością czekam na listonosza i zamówioną paczkę z książkami.

Dla Starszomłodszej kolejna książka o Mary Poppins - Mary Poppins otwiera drzwi. Wspaniała pozycja z klasyki dziecęcej literatury

 

Sztandarowa pozycja klasyki dziecięcej swą premierę miaław 1934 roku i stał się podstawą dla jednego z najsławniejszych musicali. Ponadczasowa opowieść o sile wyobraźni, którą trzeba wciąż dokarmiać, by nie zginęła przytłoczona dorosłością. Jak wygląda wymarzona niania? Dla Michasia, Janeczki i Bliźniąt nie ma to wielkiego znaczenia. O wiele istotniejsze jest to, by miała w sobie to coś, coś, co zamienia każdy szary dzień w wizytę w wesołym miasteczku. W pewne wietrzne popołudnie do domu państwa Banks przybywa niezwykły gość. Przez okno jadalni dzieci widzą postać w wielkim kapeluszu, z dywanikową torbą i parasolem o rączce w kształcie papuziej głowy - to Mary Poppins, nowa guwernantka. Nie jest specjalnie miła, wręcz przeciwnie. Jest oschła, niesympatyczna, apodyktyczna i nie znosi sprzeciwu, a na domiar złego jej próżność jest wprost niewyobrażalna. Ale tylko ona potrafi jednym gestem otworzyć drzwi do krainy wyobraźni, zamienić rzeczywistość w wielobarwne przedstawienie oraz zapewnić poczucie bezpieczeństwa swoim podopiecznym. W torbie Mary Poppins mieści się niemalże cały świat, a ona sama potrafi zgrabnie wjeżdżać po poręczy i ma przy sobie tajemniczy syrop, który za każdym razem ma inny, zawsze jednak wspaniały, smak. Dzięki niej Michaś, Janeczka i Bliźnięta przeżyją mnóstwo fantastycznych przygód, z których podwieczorek pod sufitem wcale nie jest najbardziej zaskakujący!
Autor: P.L. Travers
Tytuł oryginału: Mary Poppins Opens the Door
Wydawnictwo: Jaguar , Luty 2009
ISBN: 978-83-60010-81-5
Liczba stron: 320
Wymiary: 135 x 200 mm
Tłumaczenie: Irena Tuwim
Ilustracje: Mary Shepard

Dla Najstarszej kolejna część "Jeżycjady" Małgorzaty Musierowicz - Kalamburka.

Powieść dla młodzieży, autorstwa jednej z najpopularniejszych powieściopisarek młodzieżowych.

Akcja tej niezwykłej książki przebiega zupełnie inaczej niż w pozostałych tomach "Jeżycjady": miast rozwijać się, wraca z rozdziału na rozdział do najwcześniejszych lat życia Mili Borejko. Ta zaniedbana dotąd postać, zawsze drugo, trzecioplanowa bohaterka pozostałych tomów, w "Kalamburce" nareszcie doczekała się należytej uwagi.

Śledzimy w niej Milę, panią domu Borejków, babcię, matkę czterech wspaniałych córek, poznajemy ją jako młodą dziewczynę, podglądamy świeżutką miłość do Ignacego, studenckie zainteresowania teatrem i szczególną więź z twardą, silną, lecz przecież pełną miłości Gizelą - a wszystko to na tle ważnych wydarzeń z naszej historii.

Główna nagroda w konkursie na Dziecięcy Bestseller Roku 2001 - Nagroda Dużego Donga, Nagroda Biblioteki Raczyńskich na najlepszą książke o Poznaniu - 2002 r.

Wydawca: Akapit-Press
Ilość stron: 286
ISBN: 83-87463-94-9
EAN: 9788387463946
Indeks: 68609184

Dla Najmłodszej - Idealny prezent

Urocza książeczka jamajskiego artysty Rohana Henry'ego opowiadająca krótką historię o zajączku poszukującym idealnego prezentu dla swojej przyjaciółki. Poszukiwania te kończą się niezwykle optymistycznym odkryciem: to kontakty z bliską osobą są dla nas zawsze najlepszym prezentem. Idealny podarunek dla dużych i małych, także na Walentynki.

Autor: Rohan Henry
Wydawnictwo: Egmont Polska , Luty 2009
ISBN: 978-83-237-3595-3

No i coś dla mnie, ale jeszcze jej nie kupiłam.Jako że ostatnio zasmakowałam w powieściach historycznych, znalazłam książkę, która ukaże się dopiero w maju br, Marcowe Fiołki - ale wydaje  mi się, że będzie bardzo ciekawa. Tutaj zanosi się na dobrą powieść sensacyjną. Zobaczymy :-)

W trzy lata po dojściu Hitlera do władzy, Niemcy przeżywają okres prosperity.  Były oficer policji kryminalnej, a obecnie prywatny detektyw Bernhard Gunther też nie narzeka na brak zleceń – zwłaszcza od rodzin osób które zaginęły bez wieści. Pewnego letniego dnia, w szykującym się do Igrzysk Olimpijskich Berlinie, Gunther otrzyma zadanie które uwikła go w rozgrywki na samym szczycie nazistowskiej dyktatury.

„Marcowe Fiołki” to powieść otwierająca serię czarnych kryminałów o Bernim Guntherze, ukazujących czytelnikowi niezwykły obraz III Rzeszy u narodzin jej potęgi i po jej upadku. Kolejne tytuły cyklu to „Blady Złoczyńca”, „Niemieckie Requiem”, „Jeden z Wielu” oraz „Cichy Płomień”.

 Wydawnictwo: Red Hours

data premiery: maj 2009
ISBN: 978-83-60504-68-0
wymiary: 125 x 195
oprawa: miękka

I na koniec najważniejszy zakup - Zupa z granatów. Z kim nie rozmawiam, wszyscy chwalą i pytają, czy czytałam. Uznałam więc zakupienie tej książki za swój święty czytelniczy matki polki i kobiety pracującej chałupniczo obowiązek. Zresztą niedawno znalazłam jej drugą część. Jeśli "Zupa..." rzeczywiście będzie taka dobra, to skuszę się na zaspokojenie powstałego po niej głodu czytelniczego "Wodą różaną i chlebem na sodzie" :-)

Ballinacroagh, małe miasteczko we wschodniej Irlandii. Trzy piękne siostry Aminpour, uciekinierki z ogarniętego islamską rewolucją Iranu, otwierają egzotyczną Babylon Café. Zaczynają kusić mieszkańców miasteczka tradycyjnymi perskimi potrawami i rozmaitymi smakołykami, które roztaczają wspaniałe aromaty kardamonu, cynamonu, szafranu i podawanej do posiłku, parzonej w starym samowarze jaśminowej herbaty. Początkowo mieszkańcy nie akceptują sióstr Aminpour, ich obcość budzi powszechną nieufność, a egzotyczne zapachy i smaki kojarzą się z diabelską pokusą. Wkrótce jednak miasteczko przyjmie siostry, a one zaszczepią w nim upodobanie do perskiej kultury i kuchni. Marsha Mehran stworzyła baśniową opowieść utrzymaną w konwencji realizmu magicznego i wypełniła ją pobudzającymi apetyt zapachami, tajemniczymi przyprawami, nieznanymi smakami oraz prawdziwymi przepisami kulinarnymi. Książka zabiera czytelnika w podróż do serca perskiej kultury oraz irlandzkiej codzienności.

Wydawca: Wydawnictwo Wab
Ilość stron: 296
Numer Wydania: I
ISBN: 83-7414-179-4
EAN: 9788374141796
Indeks: 69372209
Tłumaczenie: Jolanta Kozak

Rzadko sięgam po kryminały, ale potrzebowałam czegoś lekkiego (???), krótkiego i przede wszystkim innego, niż to wszystko, co w ostatnim czasie przeczytałam, a "Numerator" spełniał te wszystkie kryteria. Na dodatek był na wyciągnięcie ręki - kupiłam niedawno i cierpliwie czekał na swoją kolej do przeczytania.

Margaret Todd to - wbrew pozorom wywołanym zagranicznym nazwiskiem - polska autorka, która zadebiutowała w 1979 r. jako Małgorzata Kondas opowiadaniem zatytułowanym Magia i Komputer. Od tamtego czasu opublikowała wiele opowiadań w czasopismach i antologiach science fiction.W 1986 r. ukazały się jej pierwsze książki: zbiór opowiadań Spór o czarownice oraz powieść sensacyjna Kocham ryzyko. Od 1991 jej utwory ukazują się pod nazwiskiem Margaret Todd.

"Numerator" - krótka książka (zaledwie 187 stron), którą z uwagi na wartką akcję kryminalną czyta się bardzo łatwo, szybko i przyjemnie. Mnie zajęła czas na jeden wieczór, kilka ostatnich stron dokończyłam następnego dnia przy porannej kawce. Poza tym, że jest krótka, jej akcja osadzona jest w naszych polskich realiach (Warszawa -  Żolioborz, Łomianki, Park Żeromskiego, a w tle górujący nad miastem Pałac Kultury i Nauki) i opisuje zdarzenia, o których praktycznie codziennie słyszy się w naszych mediach. Autorka zgrabnie wplata w akcję wątki o źródłach rodem z PRL-u, a nakreślone wprawną ręką i lekkim piórem tło kulturalne i społeczno-polityczne pozwala czytelnikowi doskonale wczuć się w atmosferę opisywanej Warszawy - tej dzisiejszej i tej sprzed ćwierćwiecza - doskonała okazja, aby cofnąć się w czasie i dokonać retrospekcji własnych wspomnień z tamtego okresu.

Bohaterami są Dominika i Marcin - sympatyczna para młodych policjantów. Autorka próbuje w ich postaciach złamać istniejące w naszej polskiej świadomości stereotypy dotyczące policjantów - tępych gburów, nieokrzesanych buraków - (pokutujące jeszcze z czasów PRL-owskich, opisywanych również w "Numeratorze"), a więc Dominka jest absolwentką psychologii, kobietą bardzo dociekliwą i spostrzegawczą, rozmiłowaną w literaturze: czyta nawet na służbie, i to bynajmniej nie harlekiny. Marcin natomiast to "dobra dusza", pracowity, czasami bardzo uparty i bardzo poszukujący miłości. Wraz ze swoim szefem, komisarzem Gregiem oraz superprzystojnym prokuratorem Borutą (!) usiłują rozwikłać zagadkę tajemniczych śmierci kilku mniej lub bardziej ważnych osób w Warszawie. Prowadzonej sprawie nadają kryptonim "numerator", gdyż nieznany sprawca pozostawia przy ciałach swoich ofiar ponumerowane karteczki. Serię tych ponumerowanych tajemniczych zgonów rozpoczyna Olga Szmajda i jej bardziej niż zagadkowy atak serca na planie kręconego właśnie kolejnego odcinka popularnego talk-show - prezenterka umiera na oczach swoich widzów i zaproszonych do studia gości specjalnych - kryminalistów.

Czy policjantom uda się znaleźć klucz do zagadki i schwytać mordercę? Oczywiście, że tak. Tylko tyle zdradzę z zakończenia książki, które dla mnie okazało się być nie lada niespodzianką - ale tak to już w tego typu książkach bywa. Wydawać by się mogło, że niepasujęce do siebie osoby, miejsca i wydarzenia splecione przez autora narracją nie mają ze sobą najmniejszego związku - w końcu okazują się tworzyć bardzo logiczną całość. Tak też było i w tym przypadku.

Jednakże na koniec muszę jeszcze stwierdzić, że zachwycona nie jestem - ot, taki sobie kryminalik. Czytałam już lepsze.

Autorka ma też swoją stronę w sieci, dla zainteresowanych odsyłam pod adres http://www.mtodd.pl/

wydawca: Replika
miejsce wydania: Zakrzewo
data wydania: 2008
nr wydania: I
ISBN: 978-83-60383-75-9
liczba stron: 187
kategoria: sensacja
format: 120 x 200mm

10:45, katja126 , Czytam
Link Dodaj komentarz »
sobota, 31 stycznia 2009

Oj, bałam się, że nie zdążę - ale wyrobiłam się w przewidzianym czasie. Zresztą urodzinowe party i tak przełożone, bo i Tomcio z braciszkiem, i moje dziewczyny, jeszcze nie do końca zdrowi po styczniowej grypie. Spotkamy się za kilka dni, w czasie ferii zimowych (HURRA!!! FERIE ZIMOWE DOPIERO PRZED NAMI!!!!), na spokojnie i bez kichających i zakatarzonych nosów.

Patchwork ma rozmiar 150 cm x 100 cm, jako wypełnienia użyłam tkaniny "kurtkowej" - czyli już gotowej ocieplinki i podszewki. Bardzo praktyczna rzecz.

 

Przy okazji szycia kołderki i poduszki dla Tomka, postanowiłam skończyć też pewną piękną rzecz, zamówioną już wprawdzie w grudniu, ale na tak krótko przed Bożym Narodzeniem, że po prostu nie zdążyłam. W styczniu dziewczyny sporo chorowały, mnie też na krótko zmogła grypa, więc naprawdę nie było jak wziąć się za szycie (przeczytałam za to rekordową, jak na mnie, ilość książek). Wklejam kilka zdjęć, a reszta w przyszłym tygodniu, jak doszyję boki (w weekend postanowiłam nie terkotać maszyną do szycia).

Jeszcze wystające nitki muszę poprzycinać, powyjmować fastrygi, no i doszyć wykończeniowe boki. Po niedzieli

 

 

 

 

środa, 28 stycznia 2009

Szyję, szyję i nie mam czasu na nic normalnego, czyli np. na czytanie. Ale po dzisiejszych zakupach wróciłam z księgarni z tą oto książeczką dla Najmłodszej - z tym, że to nie o niej chciałam napisać (nic rewelacyjnego, nie warto). Gdy mi dziś po południu wpadła w ręce, przypomniało mi się jak podobną książeczkę oglądałam parę(naście) lat temu z chyba 2,5-letnią wówczas Najstarszą.

No więc siedzę sobie wygodnie w fotelu, dziecię na kolanach, "Zwierzątka i ich dzieci" w ręku, nasze pierwsze oglądanie wspomnianej książeczki. 

- Jakie to zwierzę? - pytam, a Najstarsza odpowiada "Owieczka". - A jak nazywa się jej dziecko? - Baranek!

- A jakie zwierzę tutaj widzimy? - To kura - pada odpowiedź. - A jej dziecko? - Pisklątko!

- No, a tutaj? - pytam niezrażona dalej. - Koń! (W dalszym ciągu nie prostuję jeszcze żadnej z jej wypowiedzi). - A dziecko jak się nazywa? - Kucyk!!! (w tym momencie uznję, że muszę zareagować).

- Nie, kochanie, kucyk to też koń, tylko taki mały - on już większy nie urośnie. To taka specjalna rasa.

- Nie, mamusiu, dziecko konika (???????????!!!!!!!!!!!!) nazywa się kucyk!

- A ja wiem, że inaczej. Pomyśl chwilkę, a ja Ci może trochę podpowiem. Źreee...

- Źrekucyk!!! Ale on mamusiu nie źre, tylko pije mleczko od swojej mamy...

Najmłodsza poza kilkoma prostymi słowami jeszcze nie mówi, na razie potrafi tylko po swojemu naśladować dźwięki, jakie wydają zwierzęta, ale ksiązeczkę przyjęła z entuzjazmem. Ja też, bo biorąc pod uwagę niszczycielskie zapędy mojej córci ("czyta" jak... tornado?), nie będzie mi szkoda, jak ją podrze. Książeczki nie oceniam, jako wartościową - ilustracje zbyt realne, wszystko podane "na talerzu", ale do samodzielnego obcowania z książką - w sam raz. Te cenniejsze pozycje z naszej domowej dziecęcej biblioteczki ulokowałyśmy na wyższych półkach i pilnujemy, żeby razem z nią je oglądać - jak zostanie sama, zawsze urwie kawałek strony. I co ciekawe - nie "ruszają" jej nasze dorosłe książki, tych nie wyciąga z półek, a już mój regał ze słownikami omija szerokim łukiem. Czyżby miała awersję do języków obcych?

wtorek, 27 stycznia 2009

Ogólna koncepcja już jest, elementy klauna poskładane w całość,  pocięte kawałki materiału też są gotowe - nie pozostaje mi nic innego, jak zająć czymś Najmłodszą i wziąć się do szycia. Muszę zdążyć do piątku, bo wtedy wspomniany drogi JUBILAT będzie obchodził swoje... 4 urodzinki. A do kompletu ma powstać jeszcze poduszka - pracy sporo, ale mam nadzieję że zdążę. 

A sensowne zajęcie Najmłodszej ma ogromne znaczenie, bo pozostawiona sama sobie wpada na najbardziej niesamowite pomysły. Najczęściej powstają wtedy... tzw. malowidła naścienne. Są już wszędzie i ciągle są domalowywane nowe - nie mam już siły walczyć z tą malarską jej pasją. Nie potrafię odpowiedzieć sobie, jak długo to potrwa, bo nie mam porównania - dwie starsze córki nie malowały po ścianach, jak były w jej wieku. One też niedawno stwierdziły, że nasz dom będzie niedługo jak jakaś prehistoryczna jaskinia, w której ludzie pierwotni rysowali po ścianach. Jeśli doliczy się do tego bałagan, jaki robi Najmłodsza, to rzeczywiście - czasami można odnieść wrażenie, że w naszym domu mieszka rodzina jaskiniowców. Patrzę na ściany w moim domu i cieszę się, że nie odnawialiśmy ich zeszłego lata - byłoby mi teraz szkoda. Mam nadzieję, że do tegorocznego lata jej przejdzie to rysowanie ścian - wtedy będzie wszystko malowane, a dłużej w naszej jaskini naprawdę nie wytrzymam. Chociaż jak się tak zastanowię, to dochodzę do wniosku, że to lepiej, że ma takie zainteresowania, niż miałaby cały czas spędzać przed telewizorem (który notabene i tak potarfi sama włączyć).

A w piątek albo w sobotę wkleję zdjęcia gotowych już patchworka i poduszki.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

... do posiedzenia przed komputerem, albo podczas czytania jakiejś lekturki - tym razem nie książka, ale skarpety. Nawet nie wiedziałam, że umiem zrobić. Zawsze jakieś tam sweterki dziergałam, czapki, szaliki - a tu proszsz... Cała trudność polega na umiejętnym posługiwaniu się pięcioma drutami - nie ma to tamto - trzeba umieć robić "na okrągło". Skarpety wyszły super, a zrobiłam je na prośbę mojej Starszomłodszej, która od pewnego czasu skarżyła się, że jak wieczorkiem "na" komputerze siedzi, to jej kopytka  niemiłosiernie marzną. Ulitowałam się więc nad dziecięciem moim własnym - i w dwa wieczorki "usztrykowałam".

 

   

 

 

niedziela, 25 stycznia 2009

Nie miałam wcześniej przyjemności przeczytania którejś z książek Doris Lessing. Ta jest moją pierwszą, a zachęciła mnie do sięgnięcia po tę autorkę be.el, która niedawno zamieściła u siebie recenzję innej jej książki - "Podróży Bena". "Podróży ..." w bibliotece nie było, ale akurat ktoś oddał "Lato przed zmierzchem", więc skwapliwie schowałam do torby.

Na okładce czytam i myślę sobie "oho, zapowiada się interesująco":

Czy kobieta - matka potrafi przemienić się w kobietę - kochankę? Czy kobieta, która wychowała czworo dzieci, potrafi jeszcze żyć własnym życiem? Czy kobieta po czterdziectce ma w sobie dość odwagi, by zdrapać pieczołowicie pielęgnowaną maskę? Kate Brown zgadza się współpracować jako tłumacz na ważnej konferencji. Jest lato; mąż, córka i synowie porozjeżdżali się w różne strony świata. Kate nawet nie przypuszcza, że będzie to najważniejsze lato w jej życiu.

Główna bohaterka to Kate Brown, kobieta po czterdziestce, wzorowa żona, gospodyni i matka. Poznajemy ją w takim momencie, kiedy ona sama dochodzi do wniosku, że od bardzo długiego czasu nie wydarzyło się w jej życiu nic - nie tyle wyjątkowego - co po prostu i zwyczajnie nic; "nie mogła też oczekiwać niczego innego, jak przechodzenie od pełnej aktywności gospodyni domowej do inercji starości. (...) Czego mogła jeszcze doświadczyć? Chyba niczego więcej poza po prostu starzeniem się: tego dziedzictwa i kontynuacji procesu dorastania." Stojąc u progu wieku średniego, będąc w tzw. kwiecie wieku i dysponując ogromnym zasobem sił witalnych i tak samo ogromnym doświadczeniem życiowym, jakiego - powiedzmy szczerze - często nie maja dwudziestolatkowie - Kate Brown dochodzi do wniosku, że poza zestarzeniem się nic więcej jej w życiu nie spotka. I wtedy zupełnie niespodziewanie dla niej samej otrzymuje propozycję pracy - z uwagi na perfekcyjną znajomość portugalskiego (również włoskiego i francuskiego) ma zostać tłumaczem dla uczestników światowej konferencji "Żywność dla świata".

Kate jest matka czwórki dzieci (Stephen, Eileen, James i Tim), a jej mąż Michael jest specjalistą w dziedzinie neurochirurgii. Jako kobieta jest początkowo pogodzona ze swoimi życiowymi rolami matki i żony, o pracy - kiedy dzieci już się usamodzielnią i wyfruną z domu - myślała, ale liczyła też, że nastąpi to za jakiś czas, a tymczasem propozycja ta spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Przyjmuje tę propozycję, ale nie bez wahania. Z powierzonych jej obowiązków wywiązuje się bardzo dobrze - na tyle, że otrzymuje propozycję dalszej pracy i pokaźną podwyżkę. Nagle musi odnaleźć się w całkowiecie nowej dla niej rzeczywistości. Organizuje konferencję w Turcji, gdzie poznaje młodszego od siebie mężczyznę. Łączy ich krótki romans (krótki wyjazd do Hiszpanii), po którym Kate zmienia się z kobiety, którą była, w całkowicie nową osobę.

"Lato przed zmierzchen" to powieść kobieca, ale nie z gatunku np. romansu. Autorka jest "posiadaczką wyjątkowej wyobraźni poeytckiej, która nie mieści się w żądnym gatunku literackim. [...] To pisarka niepokorna, buńczuczna, dla której żywiołem jest przekraczanie granic, przełamywanie tabu, nieustanny eksperyment." (Jerzy Jarniewicz "GAZETA WYBORCZA")

Jest to "Arcydzieło... chyba najlepsza książka, jaką Lessing napisała." (The Economist).

I cóż z tego, skoro mnie - powiem to prosto z mostu - nie spodobała się. Nie potrafię wykrzesać z siebie ani odrobinki entuzjazmu albo ciepłych słów - nie spodobała mi się ani główna bohaterka, ani sposób pisania Lessing. Doczytałam ją do końca, ale sama nie wiem czemu. Chyba nie był to dobry moment na tę książkę - może stanowi ona zbyt głębokie studium kobiecej psychiki, może jest dla mnie zbyt refleksyjna, a przez to bardzo statyczna? Cały czas miałam wrażenie, że - tak jak bohaterka to na początku stwierdziła - NIC się nie dzieje, a Kate Brown jest zajęta wspomnieniami, analizowaniem i przemyśleniami o sobie i rzeczywistości.

To, że "Lato przed zmierzchem" nie podobało mi się, nie zmienia faktu, że noblistka Doris Lessing wielką pisarką jest.

 Zdjęcie Doris Lessing skopiowałam stąd

seria: Don Kichot i Sancho Pansa
termin wydania: 31 stycznia 2008
wydanie: II poprawione, I w tej edycji
tytuł oryginału: The Summer Before the Dark
przekład z angielskiego Barbara Rewkiewicz-Sadowska
liczba stron: 336
oprawa: twarda obwoluta, miękka, skrzydełka
format: 12,3 x 19,5 cm
ISBN 978-83-7414-377-6 oprawa miękka
ISBN 978-83-7414-449-0 oprawa twarda
08:20, katja126 , Czytam
Link Komentarze (5) »
sobota, 24 stycznia 2009

Pochodziłam ostatnio po internetowych księgarniach, poodwiedzałam wydawnictwca i proszsz... jakie smakowite kąski znalazłam. Pokazuję, co sama chciałabym w niedalekiej przyszłości przeczytać, a z notek wydawców wnioskuję, że będą to pozycje bardzo interesujące. Już się cieszę na moją czytelniczą wiosnę:-))) I nawet mam wrażenie, że czuję unoszący się w powietrzu zapach świeżo zadrukowanych kartek.

Divisadero - Michael Ondaatje

Powieść obyczajowo-psychologiczna autora "Angielskiego pacjenta". Historia emocjonalnego trójkąta: Anny i Claire - dwóch sióstr wychowywanych bez matki oraz Coopa - chłopaka pomagającego w gospodarstwie. Ich sielskie dorastanie kończy się, gdy wychodzi na jaw, że Anna jest jego kochanką. Wszyscy troje opuszczają dom i rozjeżdżają się w świat, a w związkach, jakie nawiązują w dorosłym życiu, szukają więzi z młodości. Piękna, niespieszna proza o potrzebie bliskości, pełna tłumionych emocji, niedokończonych gestów i wnikliwych refleksji o ludzkiej naturze

Wydawca: Świat Książki
Numer Wydania: I
ISBN: 9788324707355
EAN: 9788324707355
Indeks: 61616639

Kwiecień w Paryżu - Michael Wallner

Wojenny romans, w którym pobrzmiewają echa Casablanki, Angielskiego pacjenta i powieści Kena Folletta. O niemożliwej miłości, która zrodziła się wbrew rozsądkowi, ponad podziałami czasu i miejsca. Okupowany Paryż, wiosna 1943 roku. Młody Niemiec, Michel Roth, w dzień pracuje jako tłumacz dla niemieckiego gestapo; wieczorami w cywilnym ubraniu, włóczy się po ulicach miasta. W ten sposób poznaje Chantal, córkę francuskiego księgarza. Wikła się w niebezpieczny romans, który dla obojga okazuje się czymś więcej niż przelotną przygodą. Michel nie ma pojęcia, że piękna dziewczyna i jej ojciec pracują dla ruchu oporu. Wkrótce będzie musiał wybrać pomiędzy obowiązkiem wobec własnego kraju, a swoim przeznaczeniem – pomiędzy nienawiścią a miłością.

Wydawca: Wydawnictwo Albatros
Ilość stron: 240
ISBN: 978-83-7359-551-4
EAN: 9788373595514
Indeks: 69828027

I Była Miłość w Getcie  - Marek Edelman

Bezcenne, bardzo osobiste w tonie, wspomnienia z życia w getcie warszawskim ostatniego żyjącego przywódcy słynnego powstania. Marek Edelman w krótkich "migawkach" przywołuje straszne, ale i wzruszające wydarzenia, które go najbardziej poruszyły. "To wszystko, co mi zostało, takie strzępki pamięci. Ludzie, którym to opowiadałem, pytali, czy to wszystko jest prawda. Tak, prawda. Toczka w toczkę. Koniec, kropka. Więcej już nic." - mówi autor.

Wydawca: Świat Książki
Numer Wydania: I
ISBN: 9788324714162
EAN: 9788324714162
Indeks: 61684058

Motyl na Wietrze - Rei Kimura

Wzruszająca opowieść o miłości aż po grób, oparta na prawdziwych wydarzeniach z życia „Tojin” Okichi, 
konkubiny, wbrew własnej woli, pierwszego amerykańskiego konsula w Japonii.
Los obdarzył Okichi Saito, córkę ubogiego cieśli z japońskiego miasteczka Shimoda, niepospolitą urodą, która jednak nie przyniosła jej szczęścia. Tuż przed ślubem z ukochanym Tsurumatsu, Okichi przypadkiem wpadła w oko amerykańskiemu konsulowi generalnemu. Wbrew swej woli musiała zostać jego konkubiną i chociaż przyczyniła się do wynegocjowania korzystnych warunków traktatu między Ameryką a Japonią, już do końca życia prześladowała ją niechęć i pogarda rodaków.

Japonia, Shimoda, rok 1856. Okichi Saito jest zaręczona ze stolarzem Tsurumatsu, kiedy w zatoce ukazują się groźne kształty czarnych okrętów: to Stany Zjednoczone domagają się otwarcia japońskiego rynku. Poseł Townsend Harris, późniejszy konsul generalny, przypadkiem widzi Okichi wychodzącą z łaźni i jest oczarowany jej urodą. Japońscy dygnitarze, dla których piętnastoletnia dziewczyna jest tylko przynętą w negocjacjach, każą jej udać się do domu Harrisa i świadczyć mu „osobiste usługi”. Pięć lat później konsul wraca do kraju z powodu złego stanu zdrowia. Okichi jest wolna, ale do końca życia naznaczona piętnem nierządnicy (tojin), pozostającej na usługach „cudzoziemskiego diabła”. W tych okolicznościach próba ponownego związku z Tsurumatsu prowadzi już tylko do tragicznego końca tej wzruszającej historii o miłości.

Wydawca: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 168
Numer Wydania: I
ISBN: 978-83-7648-004-6
EAN: 9788376480046
Indeks: 61682719
Tłumaczenie: Anna Bańkowska

Pierwsza Miłość - Francine Prose

Pierwsza miłość  to mroczna, ale i niezwykle wzruszająca powieść  poświęcona wiekowi dojrzewania. Jej główna bohaterka, nastolatka, musi się zmierzyć z tragedią, jaka spotkała jej rodzinę - tragiczną śmiercią siostry. Podczas gdy jej rodzice pogrążają się we własnych, czasem ryzykownych próbach odzyskania równowagi, Nico pozostaje tak naprawdę sama i sama, bezwiednie, po omacku, próbuje znaleźć wytłumaczenie tego, co się stało. Wchodzi w niebezpieczny, choć kuszący związek z chłopakiem siostry, poznaje siłę sztuki, moc miejsca i czasu, tajemnicę utraty i odzyskania, by w końcu docenić  moc oczyszczenia biorącą się  ze zdobytej mądrości i miłości.

Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis
Numer Wydania: I
ISBN: 9788375102024
EAN: 9788375102024
Indeks: 61673793
Tłumaczenie: Paweł Laskowicz

Podarunek z Przeszłości - Jane Johnson

Julia Lovat otrzymuje podarunek, książkę, która na zawsze zmieni jej życie. Z zapisków na marginesie Julia poznaje niezwykłą historię porwania Catherine Ann Tregenny. Zaintrygowana i poruszona historią Julia decyduje się na wyprawę do Północnej Afryki, by potwierdzić autentyczność perypetii bohaterki książki i być może odkryć ciąg dalszy tej fascynującej historii.

Wśród egzotycznych ruin i lejącego się z nieba żaru, mając za przewodnika charyzmatycznego Marokańczyka, Julia dotrze do głęboko skrywanych tajemnic, czytelnik zaś będzie się zastanawiał jak historie kobiet, które dzieli prawie czterysta lat, mogą być tak nierozerwalnie złączone.

Wydawca: Sonia Draga
Numer Wydania: I
ISBN: 9788375081008
EAN: 9788375081008
Indeks: 61684935
Tłumaczenie: Dorota Kaczor

Ukryty Kwiat - Pearl S. Buck

Josui, młoda dwudziestoletnia Japonka i Allen, oficer armii amerykańskiej, stacjonujący w Tokio podczas powojennej okupacji, zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Ojciec dziewczyny jest wziętym lekarzem zaprzyjaźnionym z arystokratyczną rodziną Matsui i liczy na to, że któregoś dnia córka poślubi syna pana Matsui, szlachetnego i światłego Kobori. Jednak Josui przyjmuje oświadczyny Allena. Młodzi, świadomi oporu najbliższych, decydują się na małżeństwo i zamieszkują w Nowym Jorku. Z czasem, mimo wciąż silnego, wzajemnego uczucia, coraz bardziej dają o sobie znać różnice, wynikające z odmiennego pochodzenia...

Wydawca: Wydawnictwo Muza S.A.
Numer Wydania: I
ISBN: 9788374956345
EAN: 9788374956345
Indeks: 61672789
Tłumaczenie: Magdalena Jędrzejewska

Woda Różana i Chleb na Sodzie - Marsha Mehran

Po ucieczce z Iranu siostry trafiają do małego miasteczka we wschodniej Irlandii, gdzie otwierają Babylon Café i usiłują spokojnie żyć, choć często spotykają się z wrogim nastawieniem niektórych mieszkanek Ballinacroagh. Na czele antagonistek stoi przewodnicząca miejscowego kółka biblijnego i największa plotkara, Dervla Quigley. Tymczasem jedna z sióstr, Mardżan, zakochuje się w długowłosym pisarzu Julianie, lokalny duszpasterz, ojciec Mahoney, zostaje didżejem, a wdowa Estelle Delmonico znajduje na ulicy krwawiącą dziewczynę. Miasteczko znów zaczyna huczeć od plotek... Marsha Mehran po raz kolejny urzeka magią swojego pisarstwa, tworząc świat przepełniony aromatem kardamonu i szafranu w irlandzkim krajobrazie.

Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Numer Wydania: I
ISBN: 978-83-7414-552-7
EAN: 9788374145527
Indeks: 61674172
Tłumaczenie: Teresa Tyszowiecka-Tarkowska

Żona Dyplomaty - Pam Jenoff

Kolejna, po przyjętej z entuzjazmem i przetłumaczonej na wiele języków powieści "Dziewczyna komendanta", książka Pam Jenoff. Skończył się koszmar wojny, ale dawni sprzymierzeńcy stają się wrogami. To czas trudnych wyborów, w którym za miłość płaci się wysoką cenę, a czasami to uczucie zmusza bohaterów do zdrady i cynicznej gry...

Wydawca: Mira
Numer Wydania: I
ISBN: 9788323859093
EAN: 9788323859093
Indeks: 61681026

Córka Oficera - Zina Rohan

Porywająca opowieść o wojnie, miłości i wierności własnym ideałom, napisana z prawdziwie epickim rozmachem.  Marta od dziecka marzyła, by zostać żołnierzem, jak jej ojciec. Wybuch wojny sprawia, że dziewczyna musi wykazać się odwagą godną córki polskiego oficera, i zmusza ją do wieloletniej tułaczki: od polskiego Wilna, przez syberyjskie łagry i bezdroża sowieckiej Rosji, aż do egzotycznej Persji. Wojenna zawierucha poddaje próbie patriotyzm i dumę Marty. Los przynosi jej wielką miłość. Jednak serce dziewczyny rozdarte jest między młodym polskim żołnierzem a charyzmatycznym perskim lekarzem. Życie daje jej trudną lekcję pokory i uświadamia, że pochopne decyzje mogą w dramatyczny sposób wpłynąć nie tylko na nas, ale i na tych, których kochamy.

Wydawca: Wydawnictwo Otwarte
Numer Wydania: I
ISBN: 9788375150339
EAN: 9788375150339
Indeks: 61651029

piątek, 23 stycznia 2009

Dobrej literatury nigdy za wiele. I znów kolejna uczta dla mojego wyrafinowanego czytelniczego podniebienia. Jakiś czas temu miałam przyjemność obejrzeć w TV "Dom dusz" ( w obsadzie m.in takie gwiazdy jak Winona Ryder, Jeremy Irons, Meryl Streep, Glenn Close i Antonio Banderas) nakręcony na podstawie powieści Isabel Allende - wtedy nie miałam na swoim koncie jeszcze żadnej przeczytanej książki tej chilijskiej pisarki. Ale film bardzo mi się spodobał i za jego sprawą postanowiłam sięgnąć do źródeł, czyli do książek.

"Córka fortuny" osadzona jest początkowo w XIX-wiecznych realich chilijskiego Valparaiso, a następnie zostaje przeniesiona do ogarniętej gorączką złota Kalifornii. Wszystko odbywa się za sprawą głównej bohaterki - Elizy Sommer - która jako niemowlę zostaje podrzucona na progu tzw. dobrego domu i przygarnięta na wychowanie przez Miss Rose. W wieku lat kilkunastu Eliza zakochuje się i gdy jej ukochany, Joaquin Andieta  postanawia opuścić Chile i popłynąć do Kalifornii, aby tam zdobyć szczęście i bogactwo, dziewczyna wpada w rozpacz i po jakimś czasie udaje jej się zaokrętować na statku płynącym właśnie do Ameryki. Ucieka oczywiście w tajemnicy przed rodziną, a swoją podróż odbywa oczywiście na gapę pod pokładem żaglowca. W trakcie tej podróży zaprzyjaźnia się z chińskim lekarzem, Tao Chi'en, który opiekuje się nią również przez jakiś czas po przybyciu na ląd. Powstaje między nimi więź bardzo wielkiej przyjaźni, która po kilku latach przeradza się w miłość.

Postać Elizy bardzo mnie ujęła - swoim zdecydowaniem, mądrością, determinacją i odwagą. Udowodniła, że jeśli tylko się czegoś mocno pragnie, można to osiągnąć, wykraczając poza przyjęte ograniczające konwenanse i łamiąc wszelkie ogólnie przyjęte reguły. Może i popełniła w swoim życiu kilka błędów, ale w końcu stała się kobietą wolną i niezależną, odnalazła szczęście i swoją drogę w życiu. Dzięki miłości i ogromnemu bagażowi zdobytych doświadczeń zaakceptowała swoje życie - a dla wielu kobiet w tamtych czasach pozostawało to wszystko, co osiągnęła Eliza, tylko i wyłącznie w sferze bardzo skrytych marzeń.

Nota Wydawcy  (do poprzedniego wydan, 2005): "Córka fortuny" to wzruszająca opowieść o miłości w czasach naznaczonych przez przemoc i chciwość, w których bohaterom udaje się ocalić przyjaźń, współczucie i odwagę. Autorka ukazuje zabawny światek Anglików osiadłych w Chile, fascynujący i barwny obraz Chin w kresie wojen opiumowych i przygnębiającą wizję Kalifornii ogarniętej gorączką złota. Na tym tle maluje postacie, które głęboko zapadną w serca i pamięć Czytelników"

 Zdjęcie autorki wzięłam stąd

Isabel Allende (ur. 1942 w Chile), bratanica prezydenta Salvatora Allende, pisarka i dziennikarka.Wyemigrowała z Chile po zamach stanu w 1973 roku. Należy do najpoczytniejszych autorek z kręgu literatury iberoamerykańskiej. Jej książki tłumaczone na 27 języków znajdują się w czołówce światowych list bestsellerów i osiągają wielomilionowe nakłady w każdym wydaniu.  


Autor: Isabel Allende
Wydawnictwo:
Muza
Liczba stron: 454
Format: 135 x 205 mm
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788374954402
Data wydania: wrzesień 2008

00:36, katja126 , Czytam
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 stycznia 2009

Na okładce książki czytamy: "Światowy bestseller 1999 roku - ponad milion sprzedanych egzemplarzy w ciągu sześciu miesięcy." No tak, cały świat już zna, już przeczytał, a mnie książka ta wpada w ręcę 10 lat po swojej światowej premierze. Pocieszam się jednak myślą, że lepiej późno, niż wcale.

Akcja "Białego oleandra" toczy się w jednym z najbardziej znanych miast Stanów Zjednoczonych - w Los Angeles, a jej głownymi bohaterkami są 12-letnia Astrid, bardzo utalentowana plastycznie i jej matka, Ingrid Magnussen, zakochana i szalona poetka, która zabija swego niewiernego kochanka, Barry'ego Kolkera, a winę za to zrzuca na wiatr Santa Ana. Ingrid zostaje za ten czyn skazana na dożywotni pobyt w więzieniu, a dla Astrid, która nagle traci matkę, rozpoczyna się mająca trwać wiele lat podróż przez lepsze lub gorsze rodziny zastępcze oraz inne instytucje amerykańskiego systemu opieki społecznej (trafia do w sumie do pięciu domów). Dziewczynka doznaje mnóstwa  fizycznych i psychicznych upokorzeń i cierpień, zostaje postrzelona przez jedną z zastępczych matek w tragicznym akcie zazdrości o mężczyznę, w innej rodzinie zostaje pogryziona przez psa. Gdy Astrid w końcu trafia do kolejnej rodziny, a ta początkowo zdaje się funkcjonować normalnie, to po jakimś czasie okazuje się, że przybrana matka cierpi na tak głęboką depresję, że popełnia samobójstwo. Wydawać by się mogło, że tę kilkunastoletnią dziewczynę spotkała taka ilość nieszczęśliwych zdarzeń i tragedii, że powinna być strasznie okaleczona psychicznie. Ona jednak dorasta i dojrzewa, zdobywając poprzez te wszystkie doświadczenia świadomość własnej osobowości i odnajdując swoje miejsce w świecie.

Jest to poruszająca opwieść o bardzo skomplikowanych relacjach pomiędzy matką a córką, o wpływie toksycznej i zaborczej miłości matki i próbach uwolnienia się od niej córki, poszukującej w kolejnych rodzinach zastępczych prawdziwej miłości i tej specjalnej siły, jaką tylko rodzina potrafi zapewnić. Autorka tworzy na stronach powieści doskonałe portrety psychologiczne swoich bohaterów, opisuje np. bardzo bogate życie wewnętrzne Astrid - poprzez to bohaterowie jawią się czytelnikowi jako postaci wyraziste i niepowtarzalne, w pełni przemyślane. Udaje jej się to również dzięki celnym obserwacjom i spostrzeżeniom oraz lekkiemu stylowi pisania.

"Biały oleander" to książka o dwóch niesamowitych kobietach, o ich sile i wspólnym oddziaływaniu na siebie, o tym jaką walkę toczą ze sobą i o łączącej je mimo wszystko emocjonalnej więzi.

Cieszę się, że ta książka w końcu do mnie trafiła. Mając do wyboru taką literaturę, jak "Biały oleander", trudno mi ZMUSIĆ SIĘ do sięgnięcia po moją wyzwaniową "Trędowatą" - na razie ją odłożyłam na tzw. "czytelnicze zaś" (chociaż jak się tak zastanowię i spojrzę na te wszystkie wspaniałe książki, które ostatnio przeczytałam, a do tego jeszcze pomyślę, ile takich wspaniałych książek nieprzeczytanych czeka na mnie - to naprawdę nie wiem, czy w ogóle po nią jeszcze sięgnę).

autor: Janet Fitch
tytuł: Biały oleander
język oryginału: angielski
liczba stron: 428
miejsce wydania: Poznań
rok wydania: 2001
oprawa: miękka
wymiary: 125 x 183 mm
wydawca:
Zysk i S-ka, Wydawnictwo
ISBN: 83-7150-880-8
seria:
Kameleon

12:22, katja126 , Czytam
Link Komentarze (7) »
środa, 21 stycznia 2009
 
Dla mnie rewelacja i odkrycie czytelnicze ostatniego czasu. Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki, choć
zaczęłam ją czytać z mieszanymi uczuciami. Narratorem jest Śmierć? Po kilku przeczytanych stronach, na pytanie mojej córki -"I co? Jaka jest?" mogłam jedynie odpowiedzieć, że dziwnie mi się  ją czyta. Ale tylko na początku. Już po chwili przyzwyczaiłam się do faktu, że to Śmierć, opowiada tę historię, której główną bohaterką jest niemiecka dziewczynka w  wieku moich córek, której nazistowskie Niemcy i czasy, w których przyszło jej żyć, pokazały swoje najgorsze z możliwych oblicze - naznaczone okrucieństwem, agresją,cierpieniem z powodu utraty najbliższych. Pocieszające w tym wszystkim jest to, że jednak udaje jej się odkryć piękno świata i życia dzięki tym kilku szczególnym ludziom, których spotyka na swojej drodze, oraz dzięki książkom, które ukradnie.

Cała historia rozgrywa się na terenie hitlerowskich Niemiec. Główną bohaterką jest 10-letnia dziewczynka, Liesel Meminger, która wraz z młodszym braciszkiem, 6-letnim Wernerem, ma zostać oddana pod opiekę rodzinie zastępczej w Molching na przedmieściach Monachium. Ale w trakcie długiej podróży zatłoczonym pociągem Werner umiera na oczach siostry - i gdy przychodzi po niego Śmierć, dziewczynka ją zauważa. Jest to ich pierwsze spotkanie. Chłopiec musi zostać pochowany w najbliższej miejscowości, a świadkami pogrzebu są tylko Liesel, jej matka i dwóch grabarzy narzekających na śnieg i trudności z kopaniem grobu. Liesel bardzo rozpacza po stracie brata, gdy jednak po pewnym czasie uspokaja się, zauważa leżący w śniegu niewielki przedmiot - jest to książka "Podręcznik grabarza", którą zgubił jeden z mężczyzn. Dziewczynka podnosi ją i zabiera - jest to jej pierwsza kradzież książki, ze śniegu. Fakt ten miał miejsce 13 stycznia 1939 (dla mnie znamienna data, bo 31 lat później, tego samego dnia, urodziłam się ja). Swoją drugą książkę Liesel ukradnie z ognia - 20 kwietnia 1940 - ukradnie ją z ogniska urządzonego na cześć urodzin samego Fuhrera. A potem będą następne kradzieże - nie tylko książek.

Przybranymi rodzicami Liesel zostają Hans i Rosa Hubermannowie, mieszkający przy Himmelstrasse 33, w małym miasteczku Molching na przedmieściach Monachium. Hans jest z zawodu malarzem pokojowym, namiętnym palaczem uwielbiającym robić skręty i utalentowanym akordeonistą o bardzo pogodnym i przyjaznym usposobieniu. Jest bardzo dobrym człowiekiem. To on przychodzi co noc do przybranej córki i uspokaja ją po kolejnym nocnym koszmarze, to on śpi na krześle, aż ona ponownie nie zaśnie, wreszcie to on uczy ją w bezsenne noce czytać i pisać. Jest więc tą pierwszą osobą, dzięki której Liesel pokochała książki - największą miłością swojego życia.
Rosa Hubermann to prosta kobieta "o kartonowej twarzy" (jak zwykła ją określać przybrana córka), o bardzo szorstkim usposobieniu, używająca wulgarnego języka, gderliwa i kłótliwa, jak mało kto - ale pod tym płaszczykiem zewnętrznej chropowatości kryje się gołębie serce. Mimo, że potrafi przywalić po głowie drewnianą chochlą za nieposłuszeństwo i zwraca się do Liesel używając określenia "Saumensch" (samo Sau odnosi się do świń, a Saumensch to obraźliwe, karcące i upokarzjące określenie dla istoty ludzkiej rodzaju żeńskiego), to jednak ona jest tą, która zapracowuje się dla swojej rodziny, piorąc brudy bogatszych mieszkańców Molching, zdobywa żywność, gotuje wodniste zupy i wiele razy udowadnia, jak bardzo kocha swoją przybraną córkę.
Hans i Rosa Hubermannowie są przykładem Niemców, którzy podczas II wojny światowej nie wyzbyli się swojego człowieczeństwa, nie podporządkowali się nazistowskiej propagandzie i nie uwierzyli ślepo ideologii głoszonej przez "małego człowieczka, który pewnego dnia postanowił zaczesać swój przedziałek po innej stronie głowy niż wszyscy" - i gdy los stawia na ich drodze Żyda Maxa Vandenburga, postanawiają - przy zachowaniu wszystkich możliwych środków ostrożności - ukryć go w swojej piwnicy.

 
Po przybyciu do Molching w życiu Liesel pojawia się też Rudy Steiner, chłopak z sąsiedztwa - niebawem stają się prawdziwymi przyjaciólmi. Mają ze sobą wiele wspólnego - siedzą w jednej ławce w szkole, razem grają w piłkę i jeżdżą zardzewiałymi rowerami, powierzają sobie swoje tajemnice. Razem też chodzą na złodziejskie wyprawy - najpierw po kartofle i jabłka do okolicznych rolników, a później również do domu burmistrza, aby kraść książki z biblioteki jego żony. To co ich jeszcze łączy, to wspólna nienawiść do Hitlera - za głód, biedę, nieszczęście, za to, że ich ojcowie muszą iść na wojnę.
II wojna światowa to z jednej strony bardzo trudny temat - z całym swoim okrucieństwem i bestialstwem ludobójstwa - ale jest to też temat, który - jak pokazuje Zusak w "Złodziejce książek" można przedstawić pięknie, bez epatowania przemocą. Markus Zusak pisze o rzeczach strasznych, o najciemniejszych stronach natury ludzkiej, bez zbędnego sentymentalizmu, ukazując jednak niezbędną prawdę o naturze ludzkiej. W mistrzowski sposób przeplata rzeczywiste wydarzenia i fakty historyczne z fikcją literacką. Książka pełna jest metafor i odniesień, ale język, jakim posługuje się autor pozwala czytelnikowi na delektowanie się tą czytelniczą ucztą. Ze stron "Złodziejki książek" emanuje niesamowity spokój - takie odniosłam wrażenie - nawet w tych najbardziej dramatycznych dla bohaterów momentach - np. wtedy, gdy już, już ma zostać odkryty w piwnicy Hubermannów ukrywający się Żyd albo gdy nadlatują alianckie samoloty i z nieba leci grad bomb - w czasie nalotów Liesel siedzi wraz z innymi w schronie i czyta na głos książkę. Może dzieje się tak za sprawą narratora tej opowieści - Śmierci snującej rozważania o swojej "pracy" - zbieraniu dusz. To, że to właśnie Śmierć opowiada nam o tamtych zdarzeniach, jest doskonale udaną próbą Zusaka oswojenia czytelnika ze śmiercią.

"Złodziejka książek" to dla mnie w tej chwili książka książek, już dawno nie czytałam czegoś tak dobrego. Wzruszyła mnie bradzo i zmusiła do refleksji - nad istotą człowieczeństwa, dobrem, wewnętrznym pięknem, które każdy człowiek nosi w sobie. Bo ludzie w gruncie rzeczy nie są źli - złe są okoliczności i warunki, w jakich przychodzi im żyć - ale bohaterowie tej książki są dowodem na to, że takie piękno i dobro można w sobie mieć i mimo wszystko nie zatracić go.

Z publikacji prasowych na temat "Złodziejki książek":
Złodziejka książek stała się wielkim odkryciem literatury australijskiej i odbiła się głośnym echem na całym świecie. Po wydaniu jej w USA przez rok zajmowała czołowe miejsca na liście bestsellerów ?The New York Timesa?, zyskując jednocześnie ogromne uznanie krytyki literackiej. Powieść Markusa Zusaka jest przeciwwagą dla oskarżycielskich głosów pojawiających się w ostatnich publikacjach na temat wojny i antysemityzmu, a jednocześnie stanowi próbkę pięknej i głęboko poruszającej prozy.
Napisany z maestrią i zaludniony zapadającymi w pamięć postaciami, zasmucający hołd Zusaka złożony słowu i przetrwaniu fizycznemu, które splatają się w fascynujący i nieunikniony sposób. Kiedy spotykamy się z takim mistrzostwem, nie tyle czytamy opowieść, ile zaczynamy w niej mieszkać. - (?The Horn Book Magazine?)


Ja przez kilka dni mieszkałam przy Himmelstrasse 33...

Złodziejka książek
Autor: Markus Zusak
Tłumacz: Hanna Bałtyn
Ilustracje: Trudy White
Wydawca: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 25 styczeń 2008r.
Objętość: 496 stron
Format: 153 x 208
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-10-11358-0
01:02, katja126 , Czytam
Link Komentarze (11) »
niedziela, 18 stycznia 2009

 

"Przepiórki w płatkach róży. Powieść w zeszytach na każdy miesiąc, przepisy kucharskie, historie miłosne tudzież porady domowe zawierająca." I rzeczywiście, książka składa się z 12 rozdziałów, a każdy nosi nazwę miesiąca. Rozpoczyna się w styczniu przepisem na gwiazdkowe bułeczki. Poznajemy też w nim historię przyjścia na świat głównej bohaterki, Tity oraz absurdalny zwyczaj panujący w meksykańskich rodzinach, a mianowicie taki, że najmłodszej córce nie wolno wyjść za mąż, gdyż musi ona opiekować się swoją matką, dopóki ta nie umrze. Tita jest taką najmłodszą córką, zakochaną w chłopaku o imieniu Pedro - przychodzi prosić jej matkę Elenę o rękę Tity - dostaje jednak zgodę na małżeństwo, ale ze starszą siostrą ukochanej, Rosaurą. Tita jest zrozpaczona, ale Pedro - aby być blisko ukochanej - zgadza się na takie rozwiązanie, które w efekcie okazuje się być tym nienajlepszym. Pedro nie kocha Rosaury, pragnie znaleźć się w pobliżu Tity, ale apodyktyczna Mama Elena dba o to, aby ci dwoje nigdy się nie spotkali sam na sam, ba, żeby nawet nie znaleźli się na wyciągnięcie ręki od siebie. Trudna to miłość, ale sprawia, że Tita całe swe serce wkłada w przygotowywanie potraw - po śmierci swojej jedynej przyjaciółki, kucharki Nachy, to właśnie Tita przejmuje jej obowiązki. Tita gotuje dla całej rodziny, gotuje wyszukane potrawy, często już przez wszystkich zapomniane, a do przygotowania tytułowych przepiórek wykorzystuje róże, które otrzymała od ukochanego.

"...Wzięła głeboki oddech, chwyciła pierwszą przepiórkę iskręciła jej szyjkę. Nieraz widziała, jak robiła to Nacha, ale ona zrobiła to tak niezdecydowanie, że biedny ptak nie zdechł, tylko biegał po kuchni ze zwisającą na bok głową skarżąc się żałośnie. Ten widok ją przeraził. Zrozumiała, że przy zabijaniu nie wolno być słabym: albo się robi to pewnie, albo sprawia się wielki ból. W tym momencie pomyślała, że dobrze byłoby mieć siłę Mamy Eleny; ona zabija od razu, jednym uderzeniem, bez litości. Chociaż jak się tak dłużej nad tym zastanowić, to nie zawsze. W stosunku do niej zrobiła wyjątek, zaczęła ją zabijać, od kiedy była jeszcze małą dziewczynką, po trochu, po troszeczku, i do tej pory nie zadała ostatniego ciosu. Po ślubie Pedra z Rosaurą Tita, jak ta przepiórka, została z przetrąconą głową i duszą..."

Generalnie czyta się tę książeczkę bardzo szybko, ja jednak za pierwszym razem, kilka tygodni temu, odłożyłam ją na tzw. "zaś" - z pewnością nie był to dobry moment na jej przeczytanie. Wtedy nie spodobała mi się ta historia, taka trochę bajka z odrobiną magii. Ale zachęcona opinią siostry, zakochanej w "Przepiórkach...", sięgnęłąm po nie jeszcze raz. Tym razem nie tylko doczytałam do końca, ale nawet nie spostrzegłam, kiedy się historia Pedra i Tity skończyła. A gdy skończyłam, zauważyłam, że ciągle wracam do tej książki myślami - do ich miłości i pasji, i zastanawiam się nad moją miłością i moimi pasjami. Muszę bardziej dbać o to, co mam - do takiego wniosku doszłam - bo niby to takie oczywiste, że aż wyświechtane - ale dopóki ktoś tego nie nazwie, nie wypowie, człowiek nie zastanawia się nad tym. Mnie ta niepozorna książeczka zmusiła do przemyśleń i bardzo się z tego cieszę.

PAŃSTWOWY INSTYTUT WYDAWNICZY, wydanie pierwsze 1993.r
ISBN: 83-06-02332-3
Format: 11x18cm, 218 stron
Oprawa: Miękka
Wydanie: 1

18:17, katja126 , Czytam
Link Komentarze (8) »
czwartek, 15 stycznia 2009

Musiałam zrobić drugi wpis na temat wierszy pani Kulmowej, bo w poprzednim nie wszystko się zmieściło (nawet nie wiedziałam, że wpis może mieć jakąś ograniczoną wielkość czy długość). Tak więc rodzinnych dedykacji z poprzedniego wpisu ciąg dalszy:

Dla mnie moje dziewuszki znalazły "Mamy mamę" - a jakże, wiersz o mamie dla mamy, wzruszyłam się, gdy to czytały

Najlepsze u mamy

jest to

że ją mamy.

Mamy ją swoją nie cudzą.

Nie inna.

Zawszę tę samą.

I żeby nie wiem co się stało

mama zostanie mamą.

Tylko jedna mama na zmartwienia.

Tylko jedna na dwójkę z polskiego.

Tylko jedna od bójki z najlepszym kolegą.

Jedna od bólu zęba

i od przeziębienia.

Nie na sprzedaż.

Nie do zamiany.

Nasza

wszędzie i przez cały czas.

Więc najlepsze u mamy

jest to

że ją mamy i że mama ma właśnie nas.

O, i jeszcze dla wujka M. od cioci Kloci wierszyk "Gdybym miał dzisięć rąk"

Gdybym miał dziesięć rąk ?

To jedną

Drapałbym się w głowę.

Drugą

Jadłbym lody. Czekoladowe.

Trzecią grałbym w guziki.

Czwartą szarpałbym dziewczyńskie warkoczyki.

Piątą sprałbym tych dwóch od sąsiadki.

Szóstą

Skubałbym kwiatki.

Siódmą -

Od niechcenia -

Kierowałbym ulicznym ruchem.

Ósmą

Łapałbym muchę.

Dziewiątą

Waliłbym w ogromny bęben.

A dziesiątą?

Dziesiątej używać nie będę.

Bo co?

Bo rzecz wiadoma:

Straszniem się napracował tamtymi dziewięcioma.

Można  by tak w nieskończoność, ciekawe co by się pierwsze wyczerpało - wiersze czy rodzina? Ale tak na poważnie - książka ta jest przeogromną skarbnicą pomysłowości tematycznej i językowej (np. Kraina Nigdyniewyspania,Krześlaki rżą i krzeszą iskry kopytem, stołoń - biedna pokraka taka) i kto raz zapozna się z tymi wierszami, temu pisana będzie miłość do nich i ich autorki do końca życia. Wiersze Joanny Kulmowej mogą odgrywać dla dzieciaków ogromną rolę - będą bawić, uczyć, pocieszać, rozwijać wyobraźnię, będą pomagać kształtować uczucia miłości, przyjaźni, tolerancji - trzeba je tylko dzieciom dać, a one będę z nich radość czerpać garściami. I pokochają je całym sercem na zawsze. Tak jak my!

       

 

           

"Kulmowa dzieciom"

Wydawnictwo: G&P 

ilustracje: Aleksandra Michalska-Szwagierczak

oprawa: twarda

format: A4

objętość: 156 stron

ISBN: 978-83-7272-174-7

... i ja jestem tego żywym dowodem. To taka miłość na całe życie. I od pierwszego wejrzenia. Byłyśmy w zeszłym tygodniu ze Straszomłodszą w bibliotece i w ręce wpadła nam książka z gatunku naszych ulubionych, ba! ukochanych. W sam raz na niedzielne piknikowanie (w łóżku) - zbiór wierszy Joanny Kulmowej "Kulmowa dzieciom".

Oj, podobało nam się i to bardzo (mnie to się w takich chwilach i wiersze podobają i to,że moje dziewczyny mam przy sobie). I gdy tak w niedzielny poranek leżałyśmy w łóżku, delektując się naszym piknikiem, stwierdziłyśmy, że dla każdego w naszej rodzinie bliższej i dalszej znajdzie w tym zbiorze pasujący wiersz, np. dla Najstarszej zadedykowałyśmy "Krainę Nigdyniewyspania" - jeśli nie musi wstać, potrafi przespać cały dzień, wstaje zjeść kanapkę po czym znów idzie spać i przesypia całą noc. Nic, tylko pozazdrościć zdrowego snu - chociaż mnie szkoda czasu, tyle fajnych rzeczy można zrobić, przeczytać, uszyć, zobaczyć itp.

Daleko od wstawania

jest kraina Nigdyniewyspania

Czy deszcz pada

czy świeci słońce

Nigdyniewyspanie jest śpiące.

Dzwonią dzwony

terkoce budzik.

Nigdyniewyspania nic nie zbudzi.

Śnią się Nigdyniewyspaniu senne zimy

senne wiosny i jesienie

senne lata.

I my w Nigdyniewyspaniu tkwimy

w nigdyniewyspanych światach.

Tam jesteśmy i musimy tam leżeć

choć myślimy że jesteśmy tylko tu.

Bo to Nigdyniewyspanie nigdy nie uwierzy

że jest coś

tam gdzie nie ma snu.

 

"Gdyby ciocia miała wąsy" - dedykacja dla naszej Cioci Kloci, nie dlatego, że ma wąsy, ale zabawnie było sobie ją z tymi wąsami wyobrazić.

Gdyby tak ciocia miała wąsy

byłoby z nimi nieco roboty.

Bo zakręcałaby je każdej nocy na papiloty.

I myłaby je w cytrynowej wodzie,

żeby miękkie były

jak aksamit.

I zamęczałaby wszystkich co dzień:

- Czy nie pięknie mi z tymi wąsami?

Rozczesywałaby je szczotką - 

tak jak się brodę rozczesuje - 

żeby każdy mógł się zachwycać:

- O! Ciotko!                                         

Ciotka jest prześlicznym wujem! 

Na to ciotka śmiałaby się jak trzpiotka: 

- I ty też nabrałeś mi się na to? 

Wcale nie jestem wujem.  

Jestem ciotką.

Tylko wąsatą! 

 

Dla swojego Taty, a mojego K., dziewczyny wybrały wiersz pt. "Wół" (no cóż, Starszomłodsza dostała takiego ataku śmiechu, że nie mogła bardzo długo się uspokoić. Śmiała się i śmiała, śmiała i śmiała - naprawdę bez końca)

Nie pamięta wół

jak cielęciem był.

Nie może sobie przypomnieć.

Martwi się

martwi

ogromnie:

Czy zawsze miałem rogi

i nogi

i głowę

i wielkie oczy wołowe?

Czy byłem wołkiem czy wołem?

Czy ukończyłem szkołę?

Czy miałem dobrą cenzurę?

Czy dostawałem w skórę?

Czy dawno mi uszy wyrosły?

A może zawsze

zawsze

zawsze byłem dorosły?

Pamiętam tak niewiele...

Ach jakież ze mnie cielę!

A dla dziadka Stasia "W aptece" (oj, żeby ten nasz dziadziuś nie chorował i był zawsze zdrowy)

W aptece jak to w aptece

okropnie długi ogonek.

Tu na recepty. Tutaj bez recept.

Czym mogę służyć? Załatwione.

Rycyna.

Pigułki.

Olej.

Proszę bardzo

teraz pana kolej,

- A pan szanowny nic nie brał jeszcze?

Czemu pan stoi i stoi?

- Bo ja poproszę

panie magistrze

o ten różowy słoik.

- Różowy?

To są proszki od bólu głowy.

- Ja jestem stary panie magistrze

mnie boli tamto i to

więc chcę mieć szkło najprzezroczystsze,

żebym mógł patrzeć panie magistrze

żebym mógł patrzeć przez szkło.

Świat się stanie różowy różowy,

a ja będę już zawsze zdrowy...

wtorek, 13 stycznia 2009

 

No cóż, skończył się kolejny, nieplanowany przeze mnie etap mojej podróży w czasie. Ale jak to w prawdziwej podróży bywa - niby jedziemy zgodnie z planem, a po drodze wstępujemy do miejsc, o których usłyszeliśmy, że są warte obejrzenia. Tak było i ze mną tym razem. Jako że niedawno zachwyciła mnie "Księga Małgorzaty" Judith Merkle Riley, sięgnęłam kilka dni temu po drugą jej część "W poszukiwaniu Szmaragdowego Lwa". Przyznam szczerze, że miałam pewne obawy, bo z mojego doświadczenia wynika, że rzadko podobają mi się tzw. "drugie części" - nie przepadam za kontynuacjami książek czy filmów z wielu powodów - najczęściej odnoszę w takich przypadkach nieodparte wrażenie, że ta druga właśnie część została zrobiona w celach czysto komercyjnych, dla chęci powtórzenia sukcesu tej pierwszej. I tym razem spotkała mnie miła niespodzianka - "W poszukiwaniu Szmaragdowego Lwa" spodobała mi się, i to bardzo.

Kilka słów o treści - Akcja toczy się w burzliwych czasach wojny stuletniej, w roku 1358. Małgorzata po śmierci swego pierwszego męża zostaje porwana wraz z córkami Alicją i Cecylią przez hrabiego de Vilers i poślubia jego syna Gilberta (znanego nam z pierwszej części jako brat Grzegorz - ubogi mnich spisujący wspomnienia Małgorzaty). W zamku Brokesford Małgorzata dowiaduje się, że towarzyszy jej Chłód - duch zmarłego męża, pana Kendala, a po jakimś czasie poznaje też Płaczącą Damę - która jest duchem jej teściowej i zamieszkuje zamkową kaplicę. Czas upływa i Małgorzata próbuje przyzwyczaić się nie tylko do swego nowego domu, ale i męża. Udaje jej się odkryć w swoim sercu ciepłe uczucia dla Gilberta, a niebawem zakochuje się w nim, ale ich szczęście nie trwa długo. Mąż wraz z ojcem i bratem wyruszają na wojnę do Francji - Gilbert jedzie jako kronikarz księcia Lancaster. Niedługo potem zostaje pojmany i uwięziony przez hrabiego de Saint Medard. Małgorzata jest w rozpaczy, a na domiar wszystkiego okazuje się, że jest w ciąży - traci przez to swoją moc. Z wojny wracają jej teść oraz szwagier i Małgorzata obawiając się o życie swoje i swoich dzieci, wykorzystuje wizytę pewnej markizy na zamku Brokesford i ratuje się ucieczką pod jej eskortą. Dociera do Londynu, odnajduje swoich przyjaciół - Hildę i Malachiasza, a ci zgadzają się towarzyszyć jej w podróży do Francji i pomóc w odzyskaniu Gilberta (jej córki pozostają w tym czasie pod opieką przyjaciela jej zmarłego męża). Malachiasz chce przy okazji wizyty we Francji odnaleźć tłumacza dla swojej drogocennej księgi, zawierającej według jego mniemania wskazówki dotyczące sposobu otrzymania złota (nie rozumie z tej księgi ani słowa, a swoje domysły opiera jedynie na oglądanych ilustracjach).

Tytułowe "poszukiwanie szmaragdowego lwa" to cel życia Malachiasza, fałszywego mnicha, handlarza odpustami lub kupca bławatnego - w zależności od nastroju oraz wymogów systuacji, w której się akurat znalazł. Ale nade wszystko jest Malachiasz praktykującym miłośnikiem alchemii i za wszelką cenę (ale oczywiście w granicach rozsądku) chce uzyskać złoto. Dzięki swoim sztuczkom, znajomości procesów chemicznych oraz wrodzonym bystrości i sprytowi, a ponadto dzięki sprzyjającemu mu szczęściu, udaje mu się osiągnąć cel i "produkuje" kilka sztuk złota. Fakt ten, jak również szczęśliwy splot wydarzeń oraz zatruty pierścień otrzymany przez Małgorzatę od czarnej markizy podczas ucieczki z zamku Brokesford, pomagają uwolnić wycieńczonego długim więzieniem Gilberta i wszyscy wyruszają w drogę powrotną. Po drodze udają się jeszcze do miejsca, gdzie Malachiasz mógłby odnaleźć swojego tłumacza. Brzemienna Małgorzata rodzi syna, Gilbert wraca do sił i .... Tyle w ogromnym (naprawdę OGROMNYM) skrócie. Nie da się w kilku zdaniach opisać wszystkich przygód, jakie przeżyła Małgorzata i jej przyjaciele. Książka obfituje w niezliczoną ich ilość i charakteryzują ją tak niespodziewane zwroty akcji, że trzyma w napięciu od początku aż do ostatniej strony. Czytelnik odnajdzie w niej to wszystko, co prawdziwa powieść historzyczna zawierać powinna - a więc np. wątek miłosny, motyw porwania oraz zdrady, pozna interesujących bohaterów pozytywnych i negatywnych - wszystko to opisane językiem niezwykle barwnym acz nieskomplikowanym, przedstawione na tle średniowiecznej Francji i Anglii.

Tak, jak w przypadku pierwszej części, tak i teraz, gdy skończyłam czytać "W poszukiwaniu Szmaragdowego Lwa" odczułam żal i niedosyt, że to już koniec. Koniec mojego czytania tej książki i przeżywania przygód rozgrywających się na jej kartach, i koniec mojego wyobrażania sobie tego, co opisała autorka. Ale już ją zamówiłam on-line i za kilka dni ją dostanę. Lubię mieć książki, które lubię (trochę masło maślane, ale co tam). Mój K. znów daleko, więc sama sobie zrobię prezent na dziesiejsze urodziny - oczywiście 25-te urodziny:-)))

W poszukiwaniu Szmaragdowego Lwa - Judith Merkle Riley
Wydawnictwo: Książnica 2008, Stron 464

Zamiast spisywać wrażenia czytelnicze, łażę po innych blogach, wdepnę to tu, to tam i proszszsz.... co znalazłam. Dowcip - rewelacja!

Dlaczego żonatemu/zamężnej trudniej utrzymać dietę?
Singiel wraca do domu, patrzy co jest w lodówce i idzie do łóżka.
Żonaty/zamężna wraca do domu, patrzy, co jest w łóżku i idzie do lodówki :-)))
Uśmiałam się, że hej. Dobre
08:30, katja126 , Dowcipy
Link Komentarze (2) »

Nie było ich w planie, bo przyzwyczaiłam się do mojego poprzedniego szablonu. Poza tym kocham kolor zielony, no ale skoro BLOX sfiksował, nie było innego wyjścia. Wczoraj wieczorem zniknęło wszystko, oprócz moich wpisów i bałam się cokolwiek zrobić. Dziś rano zastałam to samo - więc zmieniłam szablon. Biały kolor też lubię i nawet mi się po tej zmianie podoba. A kto nie sprawdzał swojej skrzynki pocztowej, to radzę zajrzeć. Nie tylko blox sfiksował, ale chyba cały ich serwer coś trafiło, bo w poczcie mam odebranych ponad 150 wiadomości i żadna NIE JEST DO MNIE. Rozumiem, że możliwość bezpłatnego korzystania z konta pocztowego okupiona jest obowiązkiem otrzymywania niechcianych wiadomości od gazety.pl, ale to, co miało miejsce wczoraj, to już gruba przesada. Na szczęście niczego wczoraj z tego adresu nie wysyłałam, jak widzę maile, które dostałam - jestem pewna, że poszłoby do kogoś innego, albo nie daj Boże do wszystkich?

 Teraz biegnę skończyć pisanie o mojej ostatnio przeczytanej książce, bo wczoraj już nie dałam rady :-)

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Cudnie biało dookoła - niewiadomo jak długo jeszcze, więc każdy spacer wykorzystujemy na robienie zimowych zdjęć. Wczorajsza mgła zamarzła dziś na gałązkach drzew i krzewów i park przed moim domem cały spowity w białą szatę. Niecodziennie tak pięknie wygląda... 

A tych kilka dużych drzew widocznych za płotem za kilka miesięcy znów ubierze się w biel, dając sygnał do rozpoczęcia corocznych matur - to kasztanowce

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Obecnie czytam... coś o wiele lepszego niż moja wyzwaniowa "Trędowata"...
Niedoczytane, odłożone "na zaś kiedyś może..."
Książki przeczytane w 2008
Książki przeczytane w 2009
Ich lese bei...
Kontakt
Podczytuję...
Podpatruję...
Te blogi też lubię...
Tu łykam ślinkę...
Dekoratorskie...
Szablon mojego bloga
Tłumacząc zaglądam do...
Ulubione księgarnie
Ulubione sklepy
Wydawnictwa
Wyzwanie czytelnicze
Zaglądam do...
darmowe liczniki