na pchlim targu można znaleźć wszystko - tak jak u mnie. Będzie więc o dzieciach, książkach, patchworkach, wieńcach adwentowych i szydełkowych firankach i serwetkach

Wyzwania czytelnicze

sobota, 07 lutego 2009

Książka, o której dziś chcę napisać wpadła mi w ręce przypadkiem – bo nie było akurat nic ciekawszego w mojej ubogiej w interesujące tytuły prowincjonalnej bibliotece. Ale przeczytanie jej było dla mnie ogromną przyjemnością i sprawiła ona, że znów jestem zachwycona przeczytaną książką (ostatnio dość często mnie to spotyka). Jest ona kolejnym nieplanowanym etapem w mojej podróży w czasie – jak widać, nie jadę wyznaczoną trasą, tylko zbaczam z niej ciągle, by poznawać inne ciekawe miejsca po drodze. A do celu mojej podróży przecież dojadę – nieważne, czy prostą drogą, czy też objazdami. 

„Noc świętego Bartłomieja” to wspaniała powieść historyczna, której autorem jest Lorenzo de Medici, ostatni żyjący potomek rodu Medyceuszy; powieść odwołująca się do rzeczywistych wydarzeń, mających miejsce w nocy z 23 na 24 sierpnia 1572 roku w Paryżu, kiedy z rozkazu królowej Katarzyny Medycejskiej  zostali wymordowani  francuscy protestanci, zwani hugenotami, (uważani przez katolików – z papieżem Grzegorzem XIII włącznie – za heretyków). W tekstach źródłowych można też spotkać inne określenia wspomnianej już nocy św. Bartłomieja - „krwawe gody paryskie” lub „krwawe wesele” ze względu na to, że zamordowani hugenoci byli w większości gośćmi przybyłymi z całego kraju do Paryża na uroczystość zaślubin Małgorzaty de Valois, katolickiej księżniczki i zarazem córki Katarzyny Medycejskiej , która 18 sierpnia 1572 r. wyszła za mąż za Henryka Burbona, króla Nawarry (krainy historycznej położonej w północnej Hiszpanii i południowo-zachodniej Francji), jednego z przywódców hugenotów.  Ślub tych dwojga – symbol  połączenia się dwóch potężnych królewskich rodów (protestanckiego i katolickiego) miał przypieczętować pokój zawarty w 1570, na mocy którego protestanci cieszyli się – wprawdzie ograniczoną, ale zawsze - swobodą wyznania, stał się natomiast iskrą zapalną na tę beczkę prochu, którą wówczas był Paryż wraz ze swymi mieszkańcami i ich wrogimi wobec hugenotów nastrojami. W tragicznych wydarzeniach nocy z 23 na 24 sierpnia 1572 r. żołnierze gwardii królewskiej wspomagani przez tłumy Paryżan zabili około 3 tys. Hugenotów – zamieszki miały miejsce również w innych miastach Francji i trwały jeszcze przez kilka tygodni, a podczas krwawego rozprawiania się z innowiercami śmierć poniosło do końca września ok. 20 tys. Hugenotów (niektóre źródła podają nawet liczbę 100 tys. ofiar).  

Jest 5 stycznia 1589 roku. Poznajemy Katarzynę Medycejską, blisko siedemdziesięcioletnia francuską królową matkę, pochodzącą z rodu Medyceuszy, w chwili, którą można śmiało określić bardziej jako ponurą niż podniosłą. Królowa leży na łożu śmierci – stan jej zdrowia ostatnio bardzo się pogorszył i męczy ją bardzo silny kaszel spowodowany bronchitem, wysoka gorączka, podagra i WIEK – przypadłość, z którą nie dało się królowej wygrać. Katarzyna jest jednak w głębi duszy przekonana, że jej godzina jeszcze nie nadeszła. Już wielokrotnie ocierała się o śmierć i tym razem też jej się uda wywinąć - królowa w to wierzy, ale czy tak będzie rzeczywiście? We wcześniejszych latach była zwolenniczką astrologii i wiedzy tajemnej – wierzy więc teraz w pewną przepowiednię związaną ze swoją śmiercią. Czy przepowiednia się spełni? Ja już to wiem.  

Katarzyna wspomina swoje życie i czasy panowania – w jej wspomnieniach Italia, z której pochodziła, pozostała na zawsze cudownym krajem, jego mieszkańcy uśmiechnięci i uprzejmi, a włoskie place, pałace i ogrody najpiękniejsze  na świecie. Francuska królowa nigdy nie przestała czuć się Włoszką i - mimo, że mieszkała we Francji od 56 lat - do końca swego życia mówiła po francusku ze specyficznym akcentem, który jej poddani potajemnie wyśmiewali. Katarzyna sprawowała we Francji twarde rządy przez 42 lata, bez pobłażania i okazywania słabości. Leżąc na łożu śmierci myśli o sporządzeniu testamentu i zabezpieczeniu przyszłości ok. 500 osób ze swojej świty (miała np. 66 dworzan, 58 doradców, 108 sekretarzy, 51 kapelanów, 23 medyków, 50 pokojowych, 40 kucharzy i wielu, wielu innych). W swoich wspomnieniach najczęściej wraca myślami do swojej pokojówki - „małej” Tinelli, która zaskarbiła sobie sympatię starej królowej. 

Mogłoby się wydawać, że nic ciekawego nie będzie się działo na kartach tej powieści – ot, leży sobie stara kobieta, oddaje się wspomnieniom, w których nie potrafi sama sobie odpowiedzieć na pytanie, czy była w swoim życiu szczęśliwa. W tych wspomnieniach postrzega siebie przede wszystkim jako królową, a dopiero potem jako żonę i matkę.  

Książka Lorenzo De Medici jest moim zdaniem wspaniale napisana – z wieloma detalami, autor doskonale orientuje się w faktach historycznych, które opisuje. Niemal godzina po godzinie śledzimy bieg wydarzeń tamtego dnia, poznajemy okoliczności i intrygi oraz konkretne osoby, które miały wpływ na masakrę hugenotów. Albo powiem inaczej – już po skończeniu książki, gdy sięgnęłam do źródeł historycznych na temat tych wydarzeń i czytałam opracowania historyków, doszłam do wniosku, że moja wiedza pozwala mi się nawet całkiem dobrze orientować w tym temacie. Oczywiście książka de Mediciego obfituje w niezliczoną ilość fikcyjnych postaci i wydarzeń, ale wszystko to jest ze sobą tak wspaniale połączone, że czytelnik ma w trakcie czytania świadomość tego co się dzieje, uczestniczy w spiskach, intrygach, potajemnych schadzkach albo wykwintnych obiadach. To przechadza się wraz z królową po pomieszczeniach prywatnego skrzydła Luwru, to spaceruje z Tinellą malowniczymi uliczkami Paryża. Ma wrażenie, że widzi dwór podlegający bardzo surowemu ceremoniałowi, gdzie każdy ma swoje określone miejsce i zadanie do wykonania – postrzegane przez ówczesnych Katarzynie Medycejskiej jako drobne przywileje, ale za to bardzo zazdrośnie strzeżone. Autor świetnie nakreślił tło obyczajowe tamtych czasów (przedstawiając nam szczegóły na przykład tego, co się nosiło, jadało, jak urządzone były apartamenty królewskie albo wynajęty pokoik ubogiego młodzieńca, starającego się względy pokojówki Tinelli).  

Po lekturze „Nocy świętego Bartłomieja” doszłam do wniosku, że książka ta w jakiś sposób próbuje wytłumaczyć motywy decyzji i rozkazów Katarzyny Medycejskiej, jest próbą pokazania ludzkiej twarzy wielkiej królowej. Ale czy da sie wytłumaczyć i przede wszystkim – czy da się usprawiedliwć to, co się wtedy stało? I czy rzeczywiście było to konieczne, że Paryż spłynął krwią kilku tysięcy hugenotów. Sama Katarzyna - żądna władzy i bezwzględna, nie mogąc pogodzić się z utratą wpływów w państwie i zepchnięcia jej do roli tylko królowej matki - usiłuje za wszelką cenę nie tracić wpływu na swego syna, króla Karola IX - aby go ratować przed rzekomymi zamachami ze strony hugenotów, tłumaczy sobie, że usunięcie ich jest wyższą koniecznością - królowa liczy się z ewentualnymi nieprzyjemnymi konsekwencjami swej decyzji, nie przewidziała jednak, że zginie aż tylu ludzi.

W książce mowa jest o początkowo 50 hugenotach, którzy mieli zostać zgładzeni – ostatecznie  w efekcie tej największej w dziejach Francji wojny religijnej zginęło 20 tys. ludzi. Prawdziwym znakiem ówczesnych czasów była jednak reakcja papieża. Grzegorz XIII nie tylko nie potępił pogromu, ale na wieść o nim kazał... odprawić mszę dziękczynną, a Katarzynie Medycejskiej posłał specjalne gratulacje. Polecił też wybić specjalny medal, upamiętniający rzeź hugenotów. „Noc świętego Bartłomieja” to powieść taka, jakie lubię – gdybym miała użyć określeń z np. sztuki kulinarnej, powiedziałabym – dobrze wysmażona, przyprawiona akurat tyle, ile potrzeba, z wieloma dodatkami, podana w sposób bardzo wykwintny na eleganckiej i drogiej zastawie – a gdy się ją już skosztuje, nie można się nią w żaden sposób nasycić – ile by się nie zjadło, jest się ciągle głodnym.  

Moja ocena 6/6. Gorąco polecam!

Wydawca: Dom Wydawniczy Bellona
Ilość stron: 272
ISBN: 978-83-111-0576-8
EAN: 9788311105768
Indeks: 69511134
Tłumaczenie: Magdalena Adamczyk

wtorek, 13 stycznia 2009

 

No cóż, skończył się kolejny, nieplanowany przeze mnie etap mojej podróży w czasie. Ale jak to w prawdziwej podróży bywa - niby jedziemy zgodnie z planem, a po drodze wstępujemy do miejsc, o których usłyszeliśmy, że są warte obejrzenia. Tak było i ze mną tym razem. Jako że niedawno zachwyciła mnie "Księga Małgorzaty" Judith Merkle Riley, sięgnęłam kilka dni temu po drugą jej część "W poszukiwaniu Szmaragdowego Lwa". Przyznam szczerze, że miałam pewne obawy, bo z mojego doświadczenia wynika, że rzadko podobają mi się tzw. "drugie części" - nie przepadam za kontynuacjami książek czy filmów z wielu powodów - najczęściej odnoszę w takich przypadkach nieodparte wrażenie, że ta druga właśnie część została zrobiona w celach czysto komercyjnych, dla chęci powtórzenia sukcesu tej pierwszej. I tym razem spotkała mnie miła niespodzianka - "W poszukiwaniu Szmaragdowego Lwa" spodobała mi się, i to bardzo.

Kilka słów o treści - Akcja toczy się w burzliwych czasach wojny stuletniej, w roku 1358. Małgorzata po śmierci swego pierwszego męża zostaje porwana wraz z córkami Alicją i Cecylią przez hrabiego de Vilers i poślubia jego syna Gilberta (znanego nam z pierwszej części jako brat Grzegorz - ubogi mnich spisujący wspomnienia Małgorzaty). W zamku Brokesford Małgorzata dowiaduje się, że towarzyszy jej Chłód - duch zmarłego męża, pana Kendala, a po jakimś czasie poznaje też Płaczącą Damę - która jest duchem jej teściowej i zamieszkuje zamkową kaplicę. Czas upływa i Małgorzata próbuje przyzwyczaić się nie tylko do swego nowego domu, ale i męża. Udaje jej się odkryć w swoim sercu ciepłe uczucia dla Gilberta, a niebawem zakochuje się w nim, ale ich szczęście nie trwa długo. Mąż wraz z ojcem i bratem wyruszają na wojnę do Francji - Gilbert jedzie jako kronikarz księcia Lancaster. Niedługo potem zostaje pojmany i uwięziony przez hrabiego de Saint Medard. Małgorzata jest w rozpaczy, a na domiar wszystkiego okazuje się, że jest w ciąży - traci przez to swoją moc. Z wojny wracają jej teść oraz szwagier i Małgorzata obawiając się o życie swoje i swoich dzieci, wykorzystuje wizytę pewnej markizy na zamku Brokesford i ratuje się ucieczką pod jej eskortą. Dociera do Londynu, odnajduje swoich przyjaciół - Hildę i Malachiasza, a ci zgadzają się towarzyszyć jej w podróży do Francji i pomóc w odzyskaniu Gilberta (jej córki pozostają w tym czasie pod opieką przyjaciela jej zmarłego męża). Malachiasz chce przy okazji wizyty we Francji odnaleźć tłumacza dla swojej drogocennej księgi, zawierającej według jego mniemania wskazówki dotyczące sposobu otrzymania złota (nie rozumie z tej księgi ani słowa, a swoje domysły opiera jedynie na oglądanych ilustracjach).

Tytułowe "poszukiwanie szmaragdowego lwa" to cel życia Malachiasza, fałszywego mnicha, handlarza odpustami lub kupca bławatnego - w zależności od nastroju oraz wymogów systuacji, w której się akurat znalazł. Ale nade wszystko jest Malachiasz praktykującym miłośnikiem alchemii i za wszelką cenę (ale oczywiście w granicach rozsądku) chce uzyskać złoto. Dzięki swoim sztuczkom, znajomości procesów chemicznych oraz wrodzonym bystrości i sprytowi, a ponadto dzięki sprzyjającemu mu szczęściu, udaje mu się osiągnąć cel i "produkuje" kilka sztuk złota. Fakt ten, jak również szczęśliwy splot wydarzeń oraz zatruty pierścień otrzymany przez Małgorzatę od czarnej markizy podczas ucieczki z zamku Brokesford, pomagają uwolnić wycieńczonego długim więzieniem Gilberta i wszyscy wyruszają w drogę powrotną. Po drodze udają się jeszcze do miejsca, gdzie Malachiasz mógłby odnaleźć swojego tłumacza. Brzemienna Małgorzata rodzi syna, Gilbert wraca do sił i .... Tyle w ogromnym (naprawdę OGROMNYM) skrócie. Nie da się w kilku zdaniach opisać wszystkich przygód, jakie przeżyła Małgorzata i jej przyjaciele. Książka obfituje w niezliczoną ich ilość i charakteryzują ją tak niespodziewane zwroty akcji, że trzyma w napięciu od początku aż do ostatniej strony. Czytelnik odnajdzie w niej to wszystko, co prawdziwa powieść historzyczna zawierać powinna - a więc np. wątek miłosny, motyw porwania oraz zdrady, pozna interesujących bohaterów pozytywnych i negatywnych - wszystko to opisane językiem niezwykle barwnym acz nieskomplikowanym, przedstawione na tle średniowiecznej Francji i Anglii.

Tak, jak w przypadku pierwszej części, tak i teraz, gdy skończyłam czytać "W poszukiwaniu Szmaragdowego Lwa" odczułam żal i niedosyt, że to już koniec. Koniec mojego czytania tej książki i przeżywania przygód rozgrywających się na jej kartach, i koniec mojego wyobrażania sobie tego, co opisała autorka. Ale już ją zamówiłam on-line i za kilka dni ją dostanę. Lubię mieć książki, które lubię (trochę masło maślane, ale co tam). Mój K. znów daleko, więc sama sobie zrobię prezent na dziesiejsze urodziny - oczywiście 25-te urodziny:-)))

W poszukiwaniu Szmaragdowego Lwa - Judith Merkle Riley
Wydawnictwo: Książnica 2008, Stron 464

poniedziałek, 08 grudnia 2008

W wypożyczalni wehikułów o wdzięcznej nazwie "Podróż w czasie" wsiadłam do pierwszego - aby przemieścić się od dwudziestolecia miedzywojennego wstecz, aż do starożytności. Na początek podjechałam do Warszawy i zaprosiłam na przejażdżkę prezesa Nikodema Dyzmę - niedouczonego ignoranta, kreaturę o plebejskich wręcz manierach, pierwszego cwaniaka nad cwaniakami w całej Rzeczpospolitej.

Któż z nas, "czytatych", nie zna Tadeusza Dołęgi - Mostowicza i jego bodaj najpopularnierszego bohatera, Nikodema Dyzmy? Muszę przyznać, że ja sama takiej osoby nie znam, która by o jednym, albo drugim nie słyszała (wykluczam oczywiście najmłodsze pokolenie - tutaj bałabym się pytanie takowe postawić, aby nie znaleźć się w sytuacji podobnej do tej, w której be.el zapytała swoich uczniów, kto to Agatha Christie - i nie otrzymała odpowiedzi). Dołęga - Mostowicz to autor wspomnianej już "Kariery Nikodema Dyzmy", "Znachora", "Profesora Wilczura" i kilku innych powieści (przy czym dla mnie najważniejsze są te trzy przeze mnie wymienione), którego twórczość przypada na lata dwudzieste i trzydzieste ubiegłego stulecia. To właśnie on jest autorem tego aforyzmu: "Są trzy rzeczy wieczne: wieczne pióro, wieczna miłość i wieczna ondulacja. Najtrwalsze z tego wszystkiego jest wieczne pióro."

Główny bohater, a rzeczony już na początku Nikodem Dyzma, to na początku bezrobotny nieudacznik, szukający w stolicy pracy jako fordanser (zredukowany wcześniej pracownik urzędu pocztowegow Łyskowie). I wydawać by się mogło, że szczęście mu nie dopisuje, aż tu pewnego razu podnosi na ulicy kopertę,  której zawartość całkowicie odmieni jego życie (kopertę tę nawet próbuje oddać adresatowi, ale nie zastaje go i wtedy zagląda do środka). Daje to początek lawinie wydarzeń, które nawet jego samego wprawiają w ogromne osłupienie - podczas rządowego rautu, na który udaje się, aby napełnić swój pusty od kilku dni żołądek, wpada na niego imć Terkowski, który okazuje się być dyrektorem w kancelarii premiera. Terkowski wybija Dyzmie z ręki talerzyk z przygotowaną porcją sałaty, a wtedy nasz bohater "objeżdża" go bardzo głośno, wykrzykując przy tym "...do jasnej cholery..." i zyskuje sobie przychylność przeciwników ministra, a u pozostałej większości miano silnego człowieka i byczego faceta. Zastanawiające dla mnie jest tutaj, jak niewiele potrzeba było warszawskiej śmietance towarzyskiej i arystokracji, aby kogoś polubiła i przyjęła "jak swego" (w dalszej części książki czytamy w opisie bytności Dyzmy na fajfie u księstwa Roztockich):  (...) W gruncie rzeczy nie nabrał wygórowanego zdania o arystokracji. - Głupki - myślał - dość im byle co powiedzieć, a już się zachwycają, jakby człowiek Amerykę odkrył. (...)

Na raucie Dyzma poznaje starego Kunickiego (vel Kunika), przedsiębiorcę z Koborowa (a w rzeczywiestości hochsztaplera), który proponuje mu posadę administratora w swoim majątku. Dla Kunickiego jest Dyzma uosobieniem tego, czego jemu samemu brak - odwagi, zdecydowania i bardzo szerokich koneksji w świecie polityki i gospodarki.

Oj, długo by opowiadać o przygodach Nikodema - musiałabym streszczenie całej książki napisać. Niesposób wymienić tu wszystko, co się działo po kolei - powiem tylko tyle, że :

- z administratora dóbr koborowskich awansował mój bohater na stanowisko prezesa Narodowego Banku Zbożowego w Warszawie (dzięki opiniom zasłyszanym od Kunickiego, a w Warszawie, przed ministrami, wygłoszonym jako swoje własne)

- odbił Kunickiemu piękną żonę - hrabiankę Ninę Ponimirską (...)- Wpadłem jej w oko... Cóż, młoda jeszcze, a mąż stary.(...) Wstał i w skarpetkach podszedł do lustra, zapalił wszystkie lampy i wziął się w boki, a głowę podniósł ku górze. Przyglądał się sobie długo, aż doszedł do przekonania, że dotychczas sam nie doceniał swojej urody. - Ot, człowiek od dziecka patrzy, to i przyzwyczaił się, a jak do czego przyzwyczaisz się, zaraz ci się zdaje, że to nic nadzwyczajnego... (...)

- a dzięki podstępowi przygotowanemu z osobistym sekretarzem Krzepickim, pozbawił Kunickiego majątku w Koborowie (i tak nieprawnie zagarniętego za długi hrabiego Ponimirskiego) i wyprawił go z wilczym biletem za granicę. (...) - "To znany spryciarz" - zauważył Krzepicki. - "Ho, ho i jaki" - potwierdził Nikodem - "takiego niełatwo wykiwać." Długa twarz Krzepickiego rozszerzyła się w lekceważącym uśmiechu. -" Moim zdaniem, panie prezesie, nie ma takiego wielkiego spryciarza, który by nie znalazł większego, co go nabije w butelkę". (...)

Nikodemowi Dyzmie nie jest, niestety, po drodze z prawem - na jego polecenie zostaje zamordowany jego dawny zwierzchnik, a znajoma sprzed kilku miesięcy bardzo dotkliwie pobita . Niewygodne znajomości, mogące go zdemaskować i pokazać prawdziwe oblicze, więc trzeba zatrzeć ślady niechlubnej przeszłości)

Czytałam "Karierę..." po raz drugi, po ponad dwudziestu latach od pierwszego cztania. Byłam ciekawa, jakie emocje wzbudzi we mnie, jako dojrzałej nie tyle kobiecie, co dojrzałej czytelniczce - i nie zawiodłam się - emocje były, i to jakie. Przede wszystkim - świetna zabawa - doskonały humor sytuacyjny i głupio-mądre wypowiedzi głównego bohatera,  brane przez jemu ówczesnych za specyficzne poczucie humoru. Ale też i pewnego rodzaju złość, że ludzie rzekomo światli, z kręgów polityki, gospodarki, arystokracji i kultury tak się za nos wodzić dali, że taki niedouczony Dyzma rodem z Łyskowa, przyjmowany jest na salonach, gdzie bryluje dzięki swemu skandalicznemu zachowaniu, określany jest mianem męża stanu, a na sam koniec prezydent chce mu powierzyć misję stworzenia rządu - wszyscy są zachwyceni, a ja zła. Ale i uradowana - że Dyzma to tylko wymyślona postać literacka, że nie istnieje naprawdę, że dzisiaj nikt by się tak nabić w butelkę ani omamić nie dał. Nie mylę się, prawda? Poznalibyśmy się na takim Dyzmie? Niech mnie ktoś zapewni, że tak! Zresztą, czego ja się obawiam? Skoro już kiedyś ktoś się doszukał, że ktoś inny nie jest magistrem, a wszem i wobec podawał, że jest - to chyba jeszcze nie tak źle z nami, panie i panowie.

(...) Hrabina Przełęska witając i prezentując gości zaczęła uskarżać się na niepunktualność naszych panów. Staruszek, którego tutułowano panem profesorem, był głuchawy i to mocno. Toteż pani domu musiała mu powtarzać bardzo głośno swoje spostrzeżenie o wadzie niepunktualności coś ze czteryrazy. Za każdym razem profesor powtarzał: -"Przepraszam, że co?"- Była już w rozpaczy, gdy przyszedł jej na pomoc Krzepicki. Stanął przed profesorem i rzekł z układnym uśmiechem: -"Tara-tara-bum-cyk-cyk, stara fujaro!"- Strauszek kiwnął głową i powiedział z przekonaniem: -"A tak, tak, wieczory są już zimne."- Dyzma wybuchnął śmiechem. Szalenie podobał mu się dowcip Krzepickiego, a że pani Przełęska wyszła witać nowych gości, rzekł: - "Czekaj pan, i ja mu coś powiem."- "Byle nie za głośno!"- ostrzegł Krzepicki. Nikodem zwrócił się do profesora - "Pies ci gębę lizał, łysa pało!" - "Przepraszam, że co?" - "Że lizał!" - "Przepraszam, bo nie dosłyszę, że co?" Dyzma zanosił się od śmiechu (...)

Wiem, wiem - "Kariera Nikodema Dyzmy" jest  satyrą na snobizm i spleen warszawskich "elit", tęskniących za tzw. mocnym człowiekiem. Zawiera też jawną krytykę skorumpowanych i cynicznych władz. Ale mimo wszystko podczas lektury (bardzo miłej i inetresującej skądinąd) zła byłam, że nikt się nie poznał, jakiego to pokroju człowiek. Klapki na oczach! Tylko czy ja bym się poznała?

Podjeżdżam pod pałac w Koborowie i czekam, aż mój pasażer wysiądzie i wpadnie w objęcia na śmierć zakochanej w nim Niny. Miłość naprawdę jest ślepa!!! No bo jakże inaczej wytłumaczyć sobie tę fenomenalną i zawrotną karierę, jaką zrobił Nikodem? Chociaż to nie dzięki miłości ta kariera, a odwrotnie - Ninuś zakochała się właśnie dzięki temu, jaki był Nikuś.

Zostawiam ich bez żalu i jadę dalej, ale nie za szybko - trochę tu zabawię, bo teraz mam jeszcze zamiar zobaczyć, co porabia największa gorszycielka tamtych czasów, odwiedzę pewną trędowatą jejmość i może podleczę trochę moje dolegliwości u pewnego znachora. Byle nie przepisał mi snopka siana!

Jestem naprawdę ogromnie ciekawa, co będzie dalej w tej podróży:-)))

czwartek, 27 listopada 2008

Oj,zazdrościłam dziewczynom biorącym udział w poprzednich wyzwaniach. "Miejskie czytanie" znalazłam zbyt późno, żeby się zgłosić, ale poczytałam sobie na blogach wszelakich, wiele recenzji śledziłam na bieżąco, dlatego też teraz koniec z zazdraszczaniem (jak zwykła  mawiać moja przyjaciółka Dolores) - zgłosiłam swój udział w PODRÓŻACH W CZASIE . Zachęciłą mnie be.el, którą często odwiedzam na jej blogach.

Temat jest mi bardzo bliski, bo ogromnie lubię książki historyczne. Ostatnio połknęłam "Księgę Małgorzaty" J. M. Riley i "Noc świętego Bartłomieja" Lorenzo de Medici. A Podróże w czasie będą dla mnie miłą kontynuacją - nie lubię rozstawać się z książkami lub tematami, które mnie fascynują. Tak więc najbliższe tygodnie upłyną mi pod znakiem historii. Świetnie, bardzo się cieszę.

Listę lektur PODRÓŻY W CZASIE przejrzałam i wybrałam następujące:

Starożytność:        1. H. Sienkiewicz "Quo vadis"

Średniowiecze:    2. Umberto Eco "Imię róży"

Wiek XVII:           3. Tracy Chevalieu "Dziewczyna z Perłą"

                          4. J. M. Riley "Czara wyroczni" i

                          5. "Ogród węża" (autorka j.w.)

Wiek XIX:            6. M. Faber "Szkarłatny płatek i biały" (czeka od poprzedniej gwiazdki, prezent od męża - wreszcie jest powód, by jej już więcej nie odkładać

Wiek XX:             7. T. Dołęga-Mostowicz "Znachor"

                          8. T. Dołęga -Mostowicz "Kariera Nikodema Dyzmy"

                          9. H. Mniszkówna "Trędowata"

                          10. Irena Krzywicka "Wyznania gorszycielki"

Może i mój wybór nie jet imponujący - ale ja i tak będę szczęśliwa, jak podołam temu wyzwaniu. Zaczynam już dziś wieczorem - oczywiście moim ukochanym 20-leciem międzywojennym, a jutro przed południem pędzę do biblioteki. Te książki już dawno chciałam odkurzyć, zwłaszcza, że czytałam je wieki temu. Myślałam nawet, że może udałoby mi się je podrzucić mojej Najstarszej - pochłania przecież straszne ilości książek. Teraz nadarza się ku temu wspaniała sposobność. A jeśli czasu trochę zostanie, to chciałabym też coś nowego z obszernej listy Wyzwania, może Pamuka, może coś o Aleksandrze Wielkim, może, może.... Morze jest szerokie i głębokie! Zobaczymy, jak to będzie.

I trzymam kciuki, przede wszystkim za siebie samą:-)))

Zasady są jak zwykle proste (I żywcem je ściągnęłam  z Podróży w czasie) i opracowane przez Padmę

1. Wyzwanie może podjąć każdy, kto lubi czytać. Aby zostać uczestnikiem, należy zgłosić swój udział w komentarzach na tej stronie lub na blogu http://miastoksiazek.blox.pl. Żeby zamieszczać recenzje na blogu Podróże w czasie, konieczne jest posiadanie konta pocztowego na gazeta.pl. Nie trzeba prowadzić własnego bloga!

2. Wyzwanie trwa od 22 listopada 2008 do 30 kwietnia 2009.

3. W tym czasie należy przeczytać przynajmniej 4 książki, każda z innej epoki. Można czytać książki z proponowanych list lub inne. Może to być beletrystyka, która opowiadaja o danej epoce, książki napisane w danej epoce, biografie, książki naukowe i popularnonaukowe. Książki napisane w danej epoce powinny być osadzone w kontekście historycznym, słowem, nie czytamy np. alegorycznych, ponadczasowych powieści, które nic nie mówią o swojej epoce.

4. Tytuły wybranych przez siebie lektur podajemy na blogu http://historyczneczytanie.blox.pl 

5. Na tym samym blogu umieszczamy recenzje przeczytanych książek, lub odnośniki do recenzji na swoim blogu.

Zapraszam do udziału! Temat jest bardzo szeroki, mam nadzieję, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Nie chcę rozszerzać nadmiernie list, więc oprócz moich wstępnych propozycji wybrałam część Waszych, któe zgłaszaliście na moim blogu. Jeśli pominęłam jakąś fantastyczną książkę, dajcie mi znać, lub sami uzupełnijcie listę, gdy już dostaniecie dostęp do bloga. Można wybierać też lektury spoza list, więc jeśli czegoś na nich nie ma, to nie szkodzi:)

Link dający dostęp do pisania na tym blogu może być wysłany tylko na pocztę na gazeta.pl. Sprawdźcie więc proszę skrzynkę jakiś czas po zgłoszeniu chęci uczestnictwa! Osobom, które zgłosiły się podczas wstępnej dyskusji wysyłam zaproszenia od razu.

Bardzo się cieszę na kolejne wspólne czytanie!

Zakładki:
Obecnie czytam... coś o wiele lepszego niż moja wyzwaniowa "Trędowata"...
Niedoczytane, odłożone "na zaś kiedyś może..."
Książki przeczytane w 2008
Książki przeczytane w 2009
Ich lese bei...
Kontakt
Podczytuję...
Podpatruję...
Te blogi też lubię...
Tu łykam ślinkę...
Dekoratorskie...
Szablon mojego bloga
Tłumacząc zaglądam do...
Ulubione księgarnie
Ulubione sklepy
Wydawnictwa
Wyzwanie czytelnicze
Zaglądam do...
darmowe liczniki