na pchlim targu można znaleźć wszystko - tak jak u mnie. Będzie więc o dzieciach, książkach, patchworkach, wieńcach adwentowych i szydełkowych firankach i serwetkach

Czytam

poniedziałek, 16 lutego 2009

 

O Marku Krajewskim i jego kryminalnych powieściach słyszałam już dawno i to, co słyszałam, było bardzo pochlebne i sprawiło, że książki przez niego napisane bardzo chciałam przeczytać. Miałam nawet czytelnicze wyrzuty sumienia, że jeszcze tego nie zrobiłam. Jestem właśnie po lekturze "Festung Breslau" i... dochodzę do wniosku, że to moje poczucie winy było mocno przesadzone - tak jak zachwyty nad panem Krajewskim i jego książkami. A znajomość moją z tym autorem zaczęłam od jego rzekomo najlepszej książki, choć ostatniej w 4-częściowej serii o Eberhardzie Mocku. Może wcześniejsze części są lepsze, ale cóż - nie mam ochoty zapoznawać się z nimi. Powiem tylko tyle - generalnie książkę czytało mi się bardzo źle - ciężko, topornie, przez niektóre fragmenty wprost nie mogłam przebrnąć, a nagromadzenie przekleństw i wulgaryzmów przyprawiało mnie o dreszcze (choć do tych najdelikatniejszych nie należę i mimo całego mojego z nimi osłuchania - po prostu nie lubię) - powieściowe postaci "kurwują" na lewo i prawo (ale chyba dla zrównoważenia tego cytują też łacińskie sentencje). Raziło mnie też przedstawienie bohaterów, momentami nie tyle mocno zarysowane, co po prostu przerysowane. Styl powieści? Zbyt wiele kontrastów (bardzo przejaskrawionych), napisana tak, że nie "wciąga" w swój nurt, nie zapiera tchu w piersiach i nie zaskakuje. Mnie przynajmniej. Łapałam się na tym, że podczas czytania nie mogę się skupić i... myślę o czymś innym. Poza tym nie trzeba jej doczytywać do końca, żeby się dowiedzieć, kto zabił. Nie mogę też powiedzieć, że nie lubię powieści kryminalnych, bo lubię i czytam od czasu do czasu. Nie jest to też kwestia sięgnięcia po tę książkę w nieodpowiednim momencie - jestem przekonana, że kiedykolwiek bym po nią nie sięgnęła, i tak nie podobałaby mi się. Cóż, nigdzie nie jest powiedziane, że wszystko, co czytamy, musi nam się podobać.

Akcja powieści osadzona jest we Wrocławiu w ostatnich tygodniach wojny, wiosną 1945 roku. Sześćdziesięciodwuletni, zawieszony w obowiązkach oficer Eberhard Mock prowadzi prywatne śledztwo w sprawie zabójstwa pasierbicy znanej antyfaszystki. Doświadczony przez życie bohater przemierza bombardowane miasto, nieustannie narażając się na śmierć. Musi wybierać pomiędzy potrzebą wyjaśnienia sprawy a chęcią zapewnienia bezpieczeństwa żonie, pomiędzy ucieczką z Breslau a pozostaniem w mieście.

Festung Breslau to mistrzowsko skonstruowany kryminał, czerpiący z najlepszych tradycji gatunku, niebanalny i zaskakujący. Znakomity język współtworzy zagadkowy nastrój, trzymająca w napięciu intryga powoli odsłania przed czytelnikami swoje tajemnice, postacie są interesujące i niejednoznaczne. Krajewski z niezwykłą dokładnością kreśli obraz dawnego Wrocławia. Tym razem czytelnik prowadzony jest także przez podziemną część miasta, zamienionego przez Niemców w twierdzę.

Stali czytelnicy odnajdą w czwartej części cyklu to, co w nim najlepsze, dla nowych stanie się ona z pewnością początkiem lekturowej przygody.

Dla mnie ta przygoda skończyła się, zanim jeszcze zdążyła się zacząć. A w planach czytelniczych mam jeszcze jedną książkę z tych kryminalnych powieści z akcją rozgrywającą się w wojennych realiach - wprawdzie innego autora (Philip Kerr "Marcowe fiołki", w sumie 5 części), ale jestem ciekawa jak wypadnie porównanie i czy w ogóle da się je porównać. Z noty wydawcy dowiedziałam się, że śledztwa będą prowadzone w czasach potęgi i upadku III Rzeszy, czyli w zasadzie w tym samym czasie, co seria książek o Eberhardzie Mocku.

Poczytamy, zobaczymy...

Wydawca: Wydawnictwo WAB
Ilość stron: 286
ISBN: 83-7414-210-3
EAN: 9788374142106
Indeks: 69423857

08:22, katja126 , Czytam
Link Komentarze (2) »
czwartek, 05 lutego 2009

 

Jakoś tak się dzieje, że ja to zawsze wszystko z opóźnionym zapłonem. Tak jak i teraz - wszyscy już dawno przeczytali - a ja jak zwykle na końcu. Wszyscy już zdążyli zapomnieć, a ja się zachwycam. A, co mi tam - podobało mi się, i to bardzo. To kolejna książka, którą mogłam się delektować - napisana tak, że nie sposób przejść obok niej obojętnie. Tytułowe Zawrocie od razu mi się spodobało, a jego właścicielka, a właściwie dziedziczka Matylda, wzbudziła we mnie ogromną sympatię.

Babka Aleksandra umiera i w swoim testamencie zapisuje dom z ogrodem i sad wnuczce Matyldzie. Sytuacja, wydawać by się mogło, jak najbardziej normalna - ale nie tutaj, bo Matylda nie znała swojej babki. Nie utrzymywały ze sobą żadnych kontaktów, bo stary zatarg babki Aleksandry z matką Matyldy, Krystyną, nie pozwolił rozwinąć się więzi, jaka zazwyczaj łączy wnuki i dziadków.

Matylda zostawia więc na jakiś czas swoje warszawskie życie, pracę i mieszkanie i wyjeżdża na prowincję, gdzie wbrew pozorom wcale nie jest tak łatwo i prosto. Bohaterka odnajduje w zapisanym jej domu pamiętniki, pisane niegdyś przez jej dziadka, a po jego śmierci kontynuowane ręką jego żony, Aleksandry. Dzięki nim Matylda ma okazję poznać kawał rodzinnej historii oraz tych członków rodziny, z którymi przez wiele lat nie miała kontaktu.

Historia tego lata, które Matyldzie przyszło spędzić w Zawrociu, mnie osobiście bardzo się podobała - ciekawa fabuła, bogata językowo narracja. Podobała mi się mimo, że zanim sięgnęłam po tę książkę spotkałam się z bardzo skarajnymi opiniami na jej temat: od zachwytu po nienawiść, począwszy od tego, że to majstersztyk po stwierdzenia, że to książka mało ambitna, przegadana, bez filozoficznego podejścia do tematu; autorce zarzucano nawet, że ma swoich czytelników za - powiedzmy delikatnie - niemądrych, gdyż sama podaje wszystko na talerzu, nie dając czytelnikowi możliwości własnego "udziału" w lekturze. Może i tak. Ale ja jestem zwykłą czytelniczką i nie będę się silić na jakąś pseudokrytykę, bo krytykiem literackim nie jestem. Mnie się książka albo podoba, albo nie; albo książki nie doczytuję, bo nie mogę przebrnąć przez pierwszy rozdział, albo czytam z zapartym tchem i odwlekam przeczytanie ostatnich stron, żeby czytana historia za szybko się nie skończyła.

Na szczęście (dla mnie) "Tego lata w Zawrociu" ma swoją kontynuację - już zaczęłam czytać drugą część.

Autor: Hanna Kowalewska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka , Kwiecień 2007
ISBN: 978-83-7506-045-4
Liczba stron: 224
Wymiary: 125 x 195 mm

12:57, katja126 , Czytam
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 lutego 2009

Rzadko sięgam po kryminały, ale potrzebowałam czegoś lekkiego (???), krótkiego i przede wszystkim innego, niż to wszystko, co w ostatnim czasie przeczytałam, a "Numerator" spełniał te wszystkie kryteria. Na dodatek był na wyciągnięcie ręki - kupiłam niedawno i cierpliwie czekał na swoją kolej do przeczytania.

Margaret Todd to - wbrew pozorom wywołanym zagranicznym nazwiskiem - polska autorka, która zadebiutowała w 1979 r. jako Małgorzata Kondas opowiadaniem zatytułowanym Magia i Komputer. Od tamtego czasu opublikowała wiele opowiadań w czasopismach i antologiach science fiction.W 1986 r. ukazały się jej pierwsze książki: zbiór opowiadań Spór o czarownice oraz powieść sensacyjna Kocham ryzyko. Od 1991 jej utwory ukazują się pod nazwiskiem Margaret Todd.

"Numerator" - krótka książka (zaledwie 187 stron), którą z uwagi na wartką akcję kryminalną czyta się bardzo łatwo, szybko i przyjemnie. Mnie zajęła czas na jeden wieczór, kilka ostatnich stron dokończyłam następnego dnia przy porannej kawce. Poza tym, że jest krótka, jej akcja osadzona jest w naszych polskich realiach (Warszawa -  Żolioborz, Łomianki, Park Żeromskiego, a w tle górujący nad miastem Pałac Kultury i Nauki) i opisuje zdarzenia, o których praktycznie codziennie słyszy się w naszych mediach. Autorka zgrabnie wplata w akcję wątki o źródłach rodem z PRL-u, a nakreślone wprawną ręką i lekkim piórem tło kulturalne i społeczno-polityczne pozwala czytelnikowi doskonale wczuć się w atmosferę opisywanej Warszawy - tej dzisiejszej i tej sprzed ćwierćwiecza - doskonała okazja, aby cofnąć się w czasie i dokonać retrospekcji własnych wspomnień z tamtego okresu.

Bohaterami są Dominika i Marcin - sympatyczna para młodych policjantów. Autorka próbuje w ich postaciach złamać istniejące w naszej polskiej świadomości stereotypy dotyczące policjantów - tępych gburów, nieokrzesanych buraków - (pokutujące jeszcze z czasów PRL-owskich, opisywanych również w "Numeratorze"), a więc Dominka jest absolwentką psychologii, kobietą bardzo dociekliwą i spostrzegawczą, rozmiłowaną w literaturze: czyta nawet na służbie, i to bynajmniej nie harlekiny. Marcin natomiast to "dobra dusza", pracowity, czasami bardzo uparty i bardzo poszukujący miłości. Wraz ze swoim szefem, komisarzem Gregiem oraz superprzystojnym prokuratorem Borutą (!) usiłują rozwikłać zagadkę tajemniczych śmierci kilku mniej lub bardziej ważnych osób w Warszawie. Prowadzonej sprawie nadają kryptonim "numerator", gdyż nieznany sprawca pozostawia przy ciałach swoich ofiar ponumerowane karteczki. Serię tych ponumerowanych tajemniczych zgonów rozpoczyna Olga Szmajda i jej bardziej niż zagadkowy atak serca na planie kręconego właśnie kolejnego odcinka popularnego talk-show - prezenterka umiera na oczach swoich widzów i zaproszonych do studia gości specjalnych - kryminalistów.

Czy policjantom uda się znaleźć klucz do zagadki i schwytać mordercę? Oczywiście, że tak. Tylko tyle zdradzę z zakończenia książki, które dla mnie okazało się być nie lada niespodzianką - ale tak to już w tego typu książkach bywa. Wydawać by się mogło, że niepasujęce do siebie osoby, miejsca i wydarzenia splecione przez autora narracją nie mają ze sobą najmniejszego związku - w końcu okazują się tworzyć bardzo logiczną całość. Tak też było i w tym przypadku.

Jednakże na koniec muszę jeszcze stwierdzić, że zachwycona nie jestem - ot, taki sobie kryminalik. Czytałam już lepsze.

Autorka ma też swoją stronę w sieci, dla zainteresowanych odsyłam pod adres http://www.mtodd.pl/

wydawca: Replika
miejsce wydania: Zakrzewo
data wydania: 2008
nr wydania: I
ISBN: 978-83-60383-75-9
liczba stron: 187
kategoria: sensacja
format: 120 x 200mm

10:45, katja126 , Czytam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 stycznia 2009

Nie miałam wcześniej przyjemności przeczytania którejś z książek Doris Lessing. Ta jest moją pierwszą, a zachęciła mnie do sięgnięcia po tę autorkę be.el, która niedawno zamieściła u siebie recenzję innej jej książki - "Podróży Bena". "Podróży ..." w bibliotece nie było, ale akurat ktoś oddał "Lato przed zmierzchem", więc skwapliwie schowałam do torby.

Na okładce czytam i myślę sobie "oho, zapowiada się interesująco":

Czy kobieta - matka potrafi przemienić się w kobietę - kochankę? Czy kobieta, która wychowała czworo dzieci, potrafi jeszcze żyć własnym życiem? Czy kobieta po czterdziectce ma w sobie dość odwagi, by zdrapać pieczołowicie pielęgnowaną maskę? Kate Brown zgadza się współpracować jako tłumacz na ważnej konferencji. Jest lato; mąż, córka i synowie porozjeżdżali się w różne strony świata. Kate nawet nie przypuszcza, że będzie to najważniejsze lato w jej życiu.

Główna bohaterka to Kate Brown, kobieta po czterdziestce, wzorowa żona, gospodyni i matka. Poznajemy ją w takim momencie, kiedy ona sama dochodzi do wniosku, że od bardzo długiego czasu nie wydarzyło się w jej życiu nic - nie tyle wyjątkowego - co po prostu i zwyczajnie nic; "nie mogła też oczekiwać niczego innego, jak przechodzenie od pełnej aktywności gospodyni domowej do inercji starości. (...) Czego mogła jeszcze doświadczyć? Chyba niczego więcej poza po prostu starzeniem się: tego dziedzictwa i kontynuacji procesu dorastania." Stojąc u progu wieku średniego, będąc w tzw. kwiecie wieku i dysponując ogromnym zasobem sił witalnych i tak samo ogromnym doświadczeniem życiowym, jakiego - powiedzmy szczerze - często nie maja dwudziestolatkowie - Kate Brown dochodzi do wniosku, że poza zestarzeniem się nic więcej jej w życiu nie spotka. I wtedy zupełnie niespodziewanie dla niej samej otrzymuje propozycję pracy - z uwagi na perfekcyjną znajomość portugalskiego (również włoskiego i francuskiego) ma zostać tłumaczem dla uczestników światowej konferencji "Żywność dla świata".

Kate jest matka czwórki dzieci (Stephen, Eileen, James i Tim), a jej mąż Michael jest specjalistą w dziedzinie neurochirurgii. Jako kobieta jest początkowo pogodzona ze swoimi życiowymi rolami matki i żony, o pracy - kiedy dzieci już się usamodzielnią i wyfruną z domu - myślała, ale liczyła też, że nastąpi to za jakiś czas, a tymczasem propozycja ta spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Przyjmuje tę propozycję, ale nie bez wahania. Z powierzonych jej obowiązków wywiązuje się bardzo dobrze - na tyle, że otrzymuje propozycję dalszej pracy i pokaźną podwyżkę. Nagle musi odnaleźć się w całkowiecie nowej dla niej rzeczywistości. Organizuje konferencję w Turcji, gdzie poznaje młodszego od siebie mężczyznę. Łączy ich krótki romans (krótki wyjazd do Hiszpanii), po którym Kate zmienia się z kobiety, którą była, w całkowicie nową osobę.

"Lato przed zmierzchen" to powieść kobieca, ale nie z gatunku np. romansu. Autorka jest "posiadaczką wyjątkowej wyobraźni poeytckiej, która nie mieści się w żądnym gatunku literackim. [...] To pisarka niepokorna, buńczuczna, dla której żywiołem jest przekraczanie granic, przełamywanie tabu, nieustanny eksperyment." (Jerzy Jarniewicz "GAZETA WYBORCZA")

Jest to "Arcydzieło... chyba najlepsza książka, jaką Lessing napisała." (The Economist).

I cóż z tego, skoro mnie - powiem to prosto z mostu - nie spodobała się. Nie potrafię wykrzesać z siebie ani odrobinki entuzjazmu albo ciepłych słów - nie spodobała mi się ani główna bohaterka, ani sposób pisania Lessing. Doczytałam ją do końca, ale sama nie wiem czemu. Chyba nie był to dobry moment na tę książkę - może stanowi ona zbyt głębokie studium kobiecej psychiki, może jest dla mnie zbyt refleksyjna, a przez to bardzo statyczna? Cały czas miałam wrażenie, że - tak jak bohaterka to na początku stwierdziła - NIC się nie dzieje, a Kate Brown jest zajęta wspomnieniami, analizowaniem i przemyśleniami o sobie i rzeczywistości.

To, że "Lato przed zmierzchem" nie podobało mi się, nie zmienia faktu, że noblistka Doris Lessing wielką pisarką jest.

 Zdjęcie Doris Lessing skopiowałam stąd

seria: Don Kichot i Sancho Pansa
termin wydania: 31 stycznia 2008
wydanie: II poprawione, I w tej edycji
tytuł oryginału: The Summer Before the Dark
przekład z angielskiego Barbara Rewkiewicz-Sadowska
liczba stron: 336
oprawa: twarda obwoluta, miękka, skrzydełka
format: 12,3 x 19,5 cm
ISBN 978-83-7414-377-6 oprawa miękka
ISBN 978-83-7414-449-0 oprawa twarda
08:20, katja126 , Czytam
Link Komentarze (5) »
piątek, 23 stycznia 2009

Dobrej literatury nigdy za wiele. I znów kolejna uczta dla mojego wyrafinowanego czytelniczego podniebienia. Jakiś czas temu miałam przyjemność obejrzeć w TV "Dom dusz" ( w obsadzie m.in takie gwiazdy jak Winona Ryder, Jeremy Irons, Meryl Streep, Glenn Close i Antonio Banderas) nakręcony na podstawie powieści Isabel Allende - wtedy nie miałam na swoim koncie jeszcze żadnej przeczytanej książki tej chilijskiej pisarki. Ale film bardzo mi się spodobał i za jego sprawą postanowiłam sięgnąć do źródeł, czyli do książek.

"Córka fortuny" osadzona jest początkowo w XIX-wiecznych realich chilijskiego Valparaiso, a następnie zostaje przeniesiona do ogarniętej gorączką złota Kalifornii. Wszystko odbywa się za sprawą głównej bohaterki - Elizy Sommer - która jako niemowlę zostaje podrzucona na progu tzw. dobrego domu i przygarnięta na wychowanie przez Miss Rose. W wieku lat kilkunastu Eliza zakochuje się i gdy jej ukochany, Joaquin Andieta  postanawia opuścić Chile i popłynąć do Kalifornii, aby tam zdobyć szczęście i bogactwo, dziewczyna wpada w rozpacz i po jakimś czasie udaje jej się zaokrętować na statku płynącym właśnie do Ameryki. Ucieka oczywiście w tajemnicy przed rodziną, a swoją podróż odbywa oczywiście na gapę pod pokładem żaglowca. W trakcie tej podróży zaprzyjaźnia się z chińskim lekarzem, Tao Chi'en, który opiekuje się nią również przez jakiś czas po przybyciu na ląd. Powstaje między nimi więź bardzo wielkiej przyjaźni, która po kilku latach przeradza się w miłość.

Postać Elizy bardzo mnie ujęła - swoim zdecydowaniem, mądrością, determinacją i odwagą. Udowodniła, że jeśli tylko się czegoś mocno pragnie, można to osiągnąć, wykraczając poza przyjęte ograniczające konwenanse i łamiąc wszelkie ogólnie przyjęte reguły. Może i popełniła w swoim życiu kilka błędów, ale w końcu stała się kobietą wolną i niezależną, odnalazła szczęście i swoją drogę w życiu. Dzięki miłości i ogromnemu bagażowi zdobytych doświadczeń zaakceptowała swoje życie - a dla wielu kobiet w tamtych czasach pozostawało to wszystko, co osiągnęła Eliza, tylko i wyłącznie w sferze bardzo skrytych marzeń.

Nota Wydawcy  (do poprzedniego wydan, 2005): "Córka fortuny" to wzruszająca opowieść o miłości w czasach naznaczonych przez przemoc i chciwość, w których bohaterom udaje się ocalić przyjaźń, współczucie i odwagę. Autorka ukazuje zabawny światek Anglików osiadłych w Chile, fascynujący i barwny obraz Chin w kresie wojen opiumowych i przygnębiającą wizję Kalifornii ogarniętej gorączką złota. Na tym tle maluje postacie, które głęboko zapadną w serca i pamięć Czytelników"

 Zdjęcie autorki wzięłam stąd

Isabel Allende (ur. 1942 w Chile), bratanica prezydenta Salvatora Allende, pisarka i dziennikarka.Wyemigrowała z Chile po zamach stanu w 1973 roku. Należy do najpoczytniejszych autorek z kręgu literatury iberoamerykańskiej. Jej książki tłumaczone na 27 języków znajdują się w czołówce światowych list bestsellerów i osiągają wielomilionowe nakłady w każdym wydaniu.  


Autor: Isabel Allende
Wydawnictwo:
Muza
Liczba stron: 454
Format: 135 x 205 mm
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788374954402
Data wydania: wrzesień 2008

00:36, katja126 , Czytam
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 stycznia 2009

Na okładce książki czytamy: "Światowy bestseller 1999 roku - ponad milion sprzedanych egzemplarzy w ciągu sześciu miesięcy." No tak, cały świat już zna, już przeczytał, a mnie książka ta wpada w ręcę 10 lat po swojej światowej premierze. Pocieszam się jednak myślą, że lepiej późno, niż wcale.

Akcja "Białego oleandra" toczy się w jednym z najbardziej znanych miast Stanów Zjednoczonych - w Los Angeles, a jej głownymi bohaterkami są 12-letnia Astrid, bardzo utalentowana plastycznie i jej matka, Ingrid Magnussen, zakochana i szalona poetka, która zabija swego niewiernego kochanka, Barry'ego Kolkera, a winę za to zrzuca na wiatr Santa Ana. Ingrid zostaje za ten czyn skazana na dożywotni pobyt w więzieniu, a dla Astrid, która nagle traci matkę, rozpoczyna się mająca trwać wiele lat podróż przez lepsze lub gorsze rodziny zastępcze oraz inne instytucje amerykańskiego systemu opieki społecznej (trafia do w sumie do pięciu domów). Dziewczynka doznaje mnóstwa  fizycznych i psychicznych upokorzeń i cierpień, zostaje postrzelona przez jedną z zastępczych matek w tragicznym akcie zazdrości o mężczyznę, w innej rodzinie zostaje pogryziona przez psa. Gdy Astrid w końcu trafia do kolejnej rodziny, a ta początkowo zdaje się funkcjonować normalnie, to po jakimś czasie okazuje się, że przybrana matka cierpi na tak głęboką depresję, że popełnia samobójstwo. Wydawać by się mogło, że tę kilkunastoletnią dziewczynę spotkała taka ilość nieszczęśliwych zdarzeń i tragedii, że powinna być strasznie okaleczona psychicznie. Ona jednak dorasta i dojrzewa, zdobywając poprzez te wszystkie doświadczenia świadomość własnej osobowości i odnajdując swoje miejsce w świecie.

Jest to poruszająca opwieść o bardzo skomplikowanych relacjach pomiędzy matką a córką, o wpływie toksycznej i zaborczej miłości matki i próbach uwolnienia się od niej córki, poszukującej w kolejnych rodzinach zastępczych prawdziwej miłości i tej specjalnej siły, jaką tylko rodzina potrafi zapewnić. Autorka tworzy na stronach powieści doskonałe portrety psychologiczne swoich bohaterów, opisuje np. bardzo bogate życie wewnętrzne Astrid - poprzez to bohaterowie jawią się czytelnikowi jako postaci wyraziste i niepowtarzalne, w pełni przemyślane. Udaje jej się to również dzięki celnym obserwacjom i spostrzeżeniom oraz lekkiemu stylowi pisania.

"Biały oleander" to książka o dwóch niesamowitych kobietach, o ich sile i wspólnym oddziaływaniu na siebie, o tym jaką walkę toczą ze sobą i o łączącej je mimo wszystko emocjonalnej więzi.

Cieszę się, że ta książka w końcu do mnie trafiła. Mając do wyboru taką literaturę, jak "Biały oleander", trudno mi ZMUSIĆ SIĘ do sięgnięcia po moją wyzwaniową "Trędowatą" - na razie ją odłożyłam na tzw. "czytelnicze zaś" (chociaż jak się tak zastanowię i spojrzę na te wszystkie wspaniałe książki, które ostatnio przeczytałam, a do tego jeszcze pomyślę, ile takich wspaniałych książek nieprzeczytanych czeka na mnie - to naprawdę nie wiem, czy w ogóle po nią jeszcze sięgnę).

autor: Janet Fitch
tytuł: Biały oleander
język oryginału: angielski
liczba stron: 428
miejsce wydania: Poznań
rok wydania: 2001
oprawa: miękka
wymiary: 125 x 183 mm
wydawca:
Zysk i S-ka, Wydawnictwo
ISBN: 83-7150-880-8
seria:
Kameleon

12:22, katja126 , Czytam
Link Komentarze (7) »
środa, 21 stycznia 2009
 
Dla mnie rewelacja i odkrycie czytelnicze ostatniego czasu. Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki, choć
zaczęłam ją czytać z mieszanymi uczuciami. Narratorem jest Śmierć? Po kilku przeczytanych stronach, na pytanie mojej córki -"I co? Jaka jest?" mogłam jedynie odpowiedzieć, że dziwnie mi się  ją czyta. Ale tylko na początku. Już po chwili przyzwyczaiłam się do faktu, że to Śmierć, opowiada tę historię, której główną bohaterką jest niemiecka dziewczynka w  wieku moich córek, której nazistowskie Niemcy i czasy, w których przyszło jej żyć, pokazały swoje najgorsze z możliwych oblicze - naznaczone okrucieństwem, agresją,cierpieniem z powodu utraty najbliższych. Pocieszające w tym wszystkim jest to, że jednak udaje jej się odkryć piękno świata i życia dzięki tym kilku szczególnym ludziom, których spotyka na swojej drodze, oraz dzięki książkom, które ukradnie.

Cała historia rozgrywa się na terenie hitlerowskich Niemiec. Główną bohaterką jest 10-letnia dziewczynka, Liesel Meminger, która wraz z młodszym braciszkiem, 6-letnim Wernerem, ma zostać oddana pod opiekę rodzinie zastępczej w Molching na przedmieściach Monachium. Ale w trakcie długiej podróży zatłoczonym pociągem Werner umiera na oczach siostry - i gdy przychodzi po niego Śmierć, dziewczynka ją zauważa. Jest to ich pierwsze spotkanie. Chłopiec musi zostać pochowany w najbliższej miejscowości, a świadkami pogrzebu są tylko Liesel, jej matka i dwóch grabarzy narzekających na śnieg i trudności z kopaniem grobu. Liesel bardzo rozpacza po stracie brata, gdy jednak po pewnym czasie uspokaja się, zauważa leżący w śniegu niewielki przedmiot - jest to książka "Podręcznik grabarza", którą zgubił jeden z mężczyzn. Dziewczynka podnosi ją i zabiera - jest to jej pierwsza kradzież książki, ze śniegu. Fakt ten miał miejsce 13 stycznia 1939 (dla mnie znamienna data, bo 31 lat później, tego samego dnia, urodziłam się ja). Swoją drugą książkę Liesel ukradnie z ognia - 20 kwietnia 1940 - ukradnie ją z ogniska urządzonego na cześć urodzin samego Fuhrera. A potem będą następne kradzieże - nie tylko książek.

Przybranymi rodzicami Liesel zostają Hans i Rosa Hubermannowie, mieszkający przy Himmelstrasse 33, w małym miasteczku Molching na przedmieściach Monachium. Hans jest z zawodu malarzem pokojowym, namiętnym palaczem uwielbiającym robić skręty i utalentowanym akordeonistą o bardzo pogodnym i przyjaznym usposobieniu. Jest bardzo dobrym człowiekiem. To on przychodzi co noc do przybranej córki i uspokaja ją po kolejnym nocnym koszmarze, to on śpi na krześle, aż ona ponownie nie zaśnie, wreszcie to on uczy ją w bezsenne noce czytać i pisać. Jest więc tą pierwszą osobą, dzięki której Liesel pokochała książki - największą miłością swojego życia.
Rosa Hubermann to prosta kobieta "o kartonowej twarzy" (jak zwykła ją określać przybrana córka), o bardzo szorstkim usposobieniu, używająca wulgarnego języka, gderliwa i kłótliwa, jak mało kto - ale pod tym płaszczykiem zewnętrznej chropowatości kryje się gołębie serce. Mimo, że potrafi przywalić po głowie drewnianą chochlą za nieposłuszeństwo i zwraca się do Liesel używając określenia "Saumensch" (samo Sau odnosi się do świń, a Saumensch to obraźliwe, karcące i upokarzjące określenie dla istoty ludzkiej rodzaju żeńskiego), to jednak ona jest tą, która zapracowuje się dla swojej rodziny, piorąc brudy bogatszych mieszkańców Molching, zdobywa żywność, gotuje wodniste zupy i wiele razy udowadnia, jak bardzo kocha swoją przybraną córkę.
Hans i Rosa Hubermannowie są przykładem Niemców, którzy podczas II wojny światowej nie wyzbyli się swojego człowieczeństwa, nie podporządkowali się nazistowskiej propagandzie i nie uwierzyli ślepo ideologii głoszonej przez "małego człowieczka, który pewnego dnia postanowił zaczesać swój przedziałek po innej stronie głowy niż wszyscy" - i gdy los stawia na ich drodze Żyda Maxa Vandenburga, postanawiają - przy zachowaniu wszystkich możliwych środków ostrożności - ukryć go w swojej piwnicy.

 
Po przybyciu do Molching w życiu Liesel pojawia się też Rudy Steiner, chłopak z sąsiedztwa - niebawem stają się prawdziwymi przyjaciólmi. Mają ze sobą wiele wspólnego - siedzą w jednej ławce w szkole, razem grają w piłkę i jeżdżą zardzewiałymi rowerami, powierzają sobie swoje tajemnice. Razem też chodzą na złodziejskie wyprawy - najpierw po kartofle i jabłka do okolicznych rolników, a później również do domu burmistrza, aby kraść książki z biblioteki jego żony. To co ich jeszcze łączy, to wspólna nienawiść do Hitlera - za głód, biedę, nieszczęście, za to, że ich ojcowie muszą iść na wojnę.
II wojna światowa to z jednej strony bardzo trudny temat - z całym swoim okrucieństwem i bestialstwem ludobójstwa - ale jest to też temat, który - jak pokazuje Zusak w "Złodziejce książek" można przedstawić pięknie, bez epatowania przemocą. Markus Zusak pisze o rzeczach strasznych, o najciemniejszych stronach natury ludzkiej, bez zbędnego sentymentalizmu, ukazując jednak niezbędną prawdę o naturze ludzkiej. W mistrzowski sposób przeplata rzeczywiste wydarzenia i fakty historyczne z fikcją literacką. Książka pełna jest metafor i odniesień, ale język, jakim posługuje się autor pozwala czytelnikowi na delektowanie się tą czytelniczą ucztą. Ze stron "Złodziejki książek" emanuje niesamowity spokój - takie odniosłam wrażenie - nawet w tych najbardziej dramatycznych dla bohaterów momentach - np. wtedy, gdy już, już ma zostać odkryty w piwnicy Hubermannów ukrywający się Żyd albo gdy nadlatują alianckie samoloty i z nieba leci grad bomb - w czasie nalotów Liesel siedzi wraz z innymi w schronie i czyta na głos książkę. Może dzieje się tak za sprawą narratora tej opowieści - Śmierci snującej rozważania o swojej "pracy" - zbieraniu dusz. To, że to właśnie Śmierć opowiada nam o tamtych zdarzeniach, jest doskonale udaną próbą Zusaka oswojenia czytelnika ze śmiercią.

"Złodziejka książek" to dla mnie w tej chwili książka książek, już dawno nie czytałam czegoś tak dobrego. Wzruszyła mnie bradzo i zmusiła do refleksji - nad istotą człowieczeństwa, dobrem, wewnętrznym pięknem, które każdy człowiek nosi w sobie. Bo ludzie w gruncie rzeczy nie są źli - złe są okoliczności i warunki, w jakich przychodzi im żyć - ale bohaterowie tej książki są dowodem na to, że takie piękno i dobro można w sobie mieć i mimo wszystko nie zatracić go.

Z publikacji prasowych na temat "Złodziejki książek":
Złodziejka książek stała się wielkim odkryciem literatury australijskiej i odbiła się głośnym echem na całym świecie. Po wydaniu jej w USA przez rok zajmowała czołowe miejsca na liście bestsellerów ?The New York Timesa?, zyskując jednocześnie ogromne uznanie krytyki literackiej. Powieść Markusa Zusaka jest przeciwwagą dla oskarżycielskich głosów pojawiających się w ostatnich publikacjach na temat wojny i antysemityzmu, a jednocześnie stanowi próbkę pięknej i głęboko poruszającej prozy.
Napisany z maestrią i zaludniony zapadającymi w pamięć postaciami, zasmucający hołd Zusaka złożony słowu i przetrwaniu fizycznemu, które splatają się w fascynujący i nieunikniony sposób. Kiedy spotykamy się z takim mistrzostwem, nie tyle czytamy opowieść, ile zaczynamy w niej mieszkać. - (?The Horn Book Magazine?)


Ja przez kilka dni mieszkałam przy Himmelstrasse 33...

Złodziejka książek
Autor: Markus Zusak
Tłumacz: Hanna Bałtyn
Ilustracje: Trudy White
Wydawca: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 25 styczeń 2008r.
Objętość: 496 stron
Format: 153 x 208
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-10-11358-0
01:02, katja126 , Czytam
Link Komentarze (11) »
niedziela, 18 stycznia 2009

 

"Przepiórki w płatkach róży. Powieść w zeszytach na każdy miesiąc, przepisy kucharskie, historie miłosne tudzież porady domowe zawierająca." I rzeczywiście, książka składa się z 12 rozdziałów, a każdy nosi nazwę miesiąca. Rozpoczyna się w styczniu przepisem na gwiazdkowe bułeczki. Poznajemy też w nim historię przyjścia na świat głównej bohaterki, Tity oraz absurdalny zwyczaj panujący w meksykańskich rodzinach, a mianowicie taki, że najmłodszej córce nie wolno wyjść za mąż, gdyż musi ona opiekować się swoją matką, dopóki ta nie umrze. Tita jest taką najmłodszą córką, zakochaną w chłopaku o imieniu Pedro - przychodzi prosić jej matkę Elenę o rękę Tity - dostaje jednak zgodę na małżeństwo, ale ze starszą siostrą ukochanej, Rosaurą. Tita jest zrozpaczona, ale Pedro - aby być blisko ukochanej - zgadza się na takie rozwiązanie, które w efekcie okazuje się być tym nienajlepszym. Pedro nie kocha Rosaury, pragnie znaleźć się w pobliżu Tity, ale apodyktyczna Mama Elena dba o to, aby ci dwoje nigdy się nie spotkali sam na sam, ba, żeby nawet nie znaleźli się na wyciągnięcie ręki od siebie. Trudna to miłość, ale sprawia, że Tita całe swe serce wkłada w przygotowywanie potraw - po śmierci swojej jedynej przyjaciółki, kucharki Nachy, to właśnie Tita przejmuje jej obowiązki. Tita gotuje dla całej rodziny, gotuje wyszukane potrawy, często już przez wszystkich zapomniane, a do przygotowania tytułowych przepiórek wykorzystuje róże, które otrzymała od ukochanego.

"...Wzięła głeboki oddech, chwyciła pierwszą przepiórkę iskręciła jej szyjkę. Nieraz widziała, jak robiła to Nacha, ale ona zrobiła to tak niezdecydowanie, że biedny ptak nie zdechł, tylko biegał po kuchni ze zwisającą na bok głową skarżąc się żałośnie. Ten widok ją przeraził. Zrozumiała, że przy zabijaniu nie wolno być słabym: albo się robi to pewnie, albo sprawia się wielki ból. W tym momencie pomyślała, że dobrze byłoby mieć siłę Mamy Eleny; ona zabija od razu, jednym uderzeniem, bez litości. Chociaż jak się tak dłużej nad tym zastanowić, to nie zawsze. W stosunku do niej zrobiła wyjątek, zaczęła ją zabijać, od kiedy była jeszcze małą dziewczynką, po trochu, po troszeczku, i do tej pory nie zadała ostatniego ciosu. Po ślubie Pedra z Rosaurą Tita, jak ta przepiórka, została z przetrąconą głową i duszą..."

Generalnie czyta się tę książeczkę bardzo szybko, ja jednak za pierwszym razem, kilka tygodni temu, odłożyłam ją na tzw. "zaś" - z pewnością nie był to dobry moment na jej przeczytanie. Wtedy nie spodobała mi się ta historia, taka trochę bajka z odrobiną magii. Ale zachęcona opinią siostry, zakochanej w "Przepiórkach...", sięgnęłąm po nie jeszcze raz. Tym razem nie tylko doczytałam do końca, ale nawet nie spostrzegłam, kiedy się historia Pedra i Tity skończyła. A gdy skończyłam, zauważyłam, że ciągle wracam do tej książki myślami - do ich miłości i pasji, i zastanawiam się nad moją miłością i moimi pasjami. Muszę bardziej dbać o to, co mam - do takiego wniosku doszłam - bo niby to takie oczywiste, że aż wyświechtane - ale dopóki ktoś tego nie nazwie, nie wypowie, człowiek nie zastanawia się nad tym. Mnie ta niepozorna książeczka zmusiła do przemyśleń i bardzo się z tego cieszę.

PAŃSTWOWY INSTYTUT WYDAWNICZY, wydanie pierwsze 1993.r
ISBN: 83-06-02332-3
Format: 11x18cm, 218 stron
Oprawa: Miękka
Wydanie: 1

18:17, katja126 , Czytam
Link Komentarze (8) »
czwartek, 27 listopada 2008

Pokochały "Hanię Banię" trzy pokolenia w naszej rodzinie. Książkę, jak i większość innych, podrzuciła nam nasza Ciocia Klocia i zaczęłyśmy ją czytać jednocześnie: moja mama, moja Najstarsza i ja. Ukradkiem ją sobie nawzajem podkradałyśmy, gdy ta, która akurat "Hanię Banię" czytała, nieopatrznie ją gdzieś zostawiła, biegnąc (dosłownie: biegnąc) "coś tam, coś tam" zrobić, aby po chwili wrócić i czytać dalej. A po powrocie okazywało się, że książka już w inne ręce wpadła. Zdobywczyni rozsiadała się, jak tylko można najwygodniej, w fotelu i czytała zaśmiewając się do łez. Co i rusz dobiegały dwie pozostałe bez "Hani Bani" czytelniczki salwy gromkiego śmiechu. Bo "Hania Bania" to niesamowicie wesoła i śmieszna, trochę autobiograficzna, historia grubiutkiej, słusznej postury, łakomej, utalentowanej, bardzo wesołej, wrażliwej dziewczynki z czasów gomułkowskich. Akcja toczy się w podwarszawskiej mieścince, gdzie Hania mieszka z mamą, tatą, dziadkami i służącą Stefą.

Czyta się "Hanię Banię" wspaniale - napisana lekkim piórem Hanny Bakuły, obfituje w taką dawkę humoru (i to takiego naszego, polskiego), że to naprawdę wspaniała lektura na obecną pogodę. Zapewniam, że nastrój poprawia się błyskawicznie, już po przeczytaniu kilku zdań. Hania przeżywa niesamowicie śmieszne przygody, wpadając bardzo często w poważne tarapaty (ratuje wtedy swój tyłek włażąc na drzewo w ogrodzie, z którego nikt nie może jej ściągnąć. Schodzi dopiero gdy jest głodna, gdy zaczyna się ściemniać i gdy tausiowi cała złość mija), wymyśla niestworzone historie i czaruje nimi przede wszystkim swoich kuzynów, tzw. Sikorki, a ci z kolei wierzą w każde jej słowo.

Na zaostrzenie apetytu na "Hanię Banię" wspomnę tylko, jak to w dniu swoich imienin Hania coś nie bardzo jest zadowolona i w związku z tym słyszy, że ma się cieszyć, że w ogóle ma wyprawiane jakieś imieniny, bo jak świat światem, to ani świętej Hani, ani tym bardziej świętej Bani nie było.  Podobała mi się też przygoda Hani u fryzjera, którego to odwiedziła w towarzystwie dziadka, a ten z kolei "zaprawił się" z rzeczonym już fryzjerem i na głowie dziewczynki powstało coś, co bardzo trudno nazwać jest fryzurą. Dziadek Hani był też główną postacią wydarzeń 1-majowych, kiedy to przed przejściem pochodu skosił kosą wszystkie kwitnące na klombie kwiaty, "żeby nie mieli pięknie" (tzn. uczestnicy pochodu).

Wszystkim przeżyciom Hani Bani towarzyszy podtekst kulinarny, gdyż dziewczynka jest ciągle głodna (ale nie głodzona) i ma wilczy apetyt - potrafi zjeść więcej niż jej tatuś i niejeden wujek.

Książkę ilustrują kolaże, wykonane przez Hannę Bakułę - wykorzystała do nich swoje zdjęcia z tamtego okresu oraz stare czasopisma z lat pięćdziesiątych. Wspaniałe!

Książka składa się jakby z dwóch części: pierwsza opisuje przygody Hani, w drugiej natomiast zawarte są przepisy na ulubione (lub nie) potrawy Hani Bani. Jeszcze nie odważyłam się któregoś z nich wypróbować:-))) ale mimo to polecam ją gorąco, z całego serca. Zakochacie się w Hani tak jak my. Od pierwszego czytania:-)


Fragment Hani Bani

Wydawca: Wydawnictwo Muza S.A.
Ilość stron: 246

ISBN: 978-83-7495-032-9
EAN: 9788374950329
Indeks: 69692727

12:53, katja126 , Czytam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 listopada 2008

Uwielbiam książki takie jak właśnie "Księga Małgorzaty": powieści historyczne, wciągające i trzymające w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, z ciekawą fabułą i barwnymi bohaterami, no i do tego muszą być grube (441 stron) (no, w zasadzie nie muszą, ale im grubsze tym lepsze - przyjemność czytania trwa wtedy dłużej).To dla lektury takich książek są moje rytuały - zaparzanie dobrej herbaty, ciepły koc i nocne czytanie, nieprzerywane odgłosami codzienności ani koniecznością wykonania jakichś tam prac domowych czy innych. Nie mogę powiedzieć, że przeczytałam ją jednym tchem - bo mimo, iż zaczęłam czytanie tej książki szybko, jeszcze szybciej zwolniłam, żeby się nią po prostu delektować.

             

Akcja "Księgi Małgorzaty" toczy się w XIV-wiecznej Anglii, a jej bohaterką jest Małgorzata z Ashbury - kobieta o umyśle przerastającym jej epokę, żywi skromne na pozór pragnienie: spisać dzieje swojego życia. Po wielu staraniach znajduje w końcu skrybę, który zgadza się dla niej pracować, choć niechętnie - w roku 1355 przelewanie na papier przeżyć i przemyśleń kobiety jest ekstrawagancją nie do pomyślenia, zakrawa na herezję. W trakcie pracy rozwiewają się uprzedzenia brata Grzegorza, a niebawem on również trafia w samo centrum niecodziennych wydarzeń, których los wciąż nie szczędzi Małgorzacie - tyle z noty wydawcy znajdującej się na ostatniej stronie okładki.

Nie będę pisała streszczenia tej książki. Dzieje się w niej tak wiele i akcja toczy się tak wartko, że mój niniejszy wpis musiałby być niesamowicie długi. "Księga Małgorzaty" urzekła mnie bardzo: po pierwsze czytało mi się ją bardzo dobrze. Moim skromnym zdaniem, jest to po prostu książka świetnie napisana, co dla mnie jako czytelniczki, odgrywa ogromnie ważną rolę. Jest to też dowód na to, że Autorka do każdej książki solidnie się przygotowuje, przeprowadzając obszerne studia nad epoką. Spod jej pióra wychodzi barwny, realistyczny obraz mininych czasów, tętniący życiem, pełen szczegółów obyczajowych, których nigdzie indziej się nie znajdzie. Jej bohaterowie to postaci zarówno historyczne, jak i fikcyjne, zawsze z temperamentem, pełnokrwiste, a wartka narracja przykuwa uwagę od pierwszej strony.

Po drugie - "Księga Małgorzaty" zawiera mnóstwo informacji na temat stosunków i obyczajów panujących w średniowiecznej Anglii. Na jednym z czytelniczych forów spotkałam się nawet z opinią, że zostały one przedstawione w sposób nieadekwatny do rzeczywistej sytuacji np. kobiet w średniowieczu, ale nie podzielam tego zdania. Jest to przecież powieść historyczna, a nie podręcznik do historii - charakteryzuje się tym, że łączy prawdę ze zmyśleniem, plan historyczny z fikcją literacką, najczęściej z wątkiem miłosnym, motywami porwań, pościgów, pojedynków, zdrad, scen batalistycznych, dzięki kreowaniu bohaterów pozytywnych i negatywnych. I właśnie te wszystkie elementy odnajduję w "Księdze..." Małgorzata, a później również jej przyjaciele, przeżywają wspaniałe przygody, czasami wręcz dramatyczne, wydawać by się mogło, że aż nieprawdopodobne, ale jak to i w powieściach, i w życiu czasami bywa - los pisze niesamowite wprost scenariusze. Koniec końców - wszystko kończy się dobrze, a samo zakończenie było dla mnie do samego końca nieodgadnione. I dobrze, bo nie lubię książek z przewidywalną puentą.

Na zakończenie pozostaje mi jeszcze dodać, że "Księga Małgorzaty" ma swój ciąg dalszy: kolejne losy bohaterki zostały opisane "W poszukiwaniu szmaragdowego lwa" - ale lepiej nie będę cieszyć się za bardzo. Dlaczego? Bo gdyby druga część okazała się gorsza od pierwszej, wtedy może rozczarowanie nie będzie tak ogromne? Ale i tak przeczytam:-)))

Wydawca: Wydawnictwo Książnica
Ilość stron: 444
ISBN: 978-83-245-7604-3
EAN: 9788324576043
Indeks: 61181540

12:53, katja126 , Czytam
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 17 listopada 2008

 

"Zapiski stanu poważnego" (Monika Szwaja) to pozycja już dosyć "stara" na rynku księgarskim (wydana w 2004), ale mnie dopiero niedawno wpadła ręce, polecona przez znajomą jako "świetne, świetne i jeszcze raz świetne. Kochaniutka, musisz przeczytać!" Ano jak mus, to mus...

 

Zresztą sama niedawno przeżyłam ten "stan poważny" i po raz trzeci (tym razem w dojrzałym wieku) zostałam "młodą mamą", więc niejako z ciekawości również sięgnęłam po "Zapiski..."  

 

Niestety, nie zaliczę tej książki do mojej listy Dobrych Babskich Książek. Moim zdaniem jest mocno przereklamowana (tak jak wiele tal temu "Dziennik Bridget Jones") i jak dla mnie - dość nudna, pokusiłabym się jeszcze o stwierdzenie mizerna i w 100 procentach przewidywalna - a tego bardzo nie lubię, bo dla mnie to to samo, co rozpoczęcie czytania książki od ostatniego rozdziału. W dodatku napisana bardzo płytko i tak lekkim językiem, że z tej lekkości trudno trzymać się czytanego tekstu. Osobiście nie lubię, gdy już w nocie wydawcy pojawia się informacja, że książka jest pełna humoru i tak mnie rozbawi, że ze śmiechu nie będę mogła się pozbierać. Każdy ma inne poczucie humoru i każdego co innego bawi.

W tym przypadku bohaterka skupia się przede wszystkim na bardzo szczegółowym opisywaniu swojej pracy w telewizji, (według mnie sztuczna pracoholiczka, a to mnie akurat niezbyt interesuje), praca jak praca - ja np. swoją pracę w dużej niemieckiej firmie musiałam rzucić, gdy się okazało, że stan w jakim się znajduję jest "poważny" i będziemy mieć dzidziusia, a nie jest - jak myślałam na początku - efektem ogromnego stresu związanego z moją wykonywaną wówczas pracą ( jakoś nie uznałam tego za wystarczający powód do napisania książki). Zabrakło mi w tej książce takiego zwykłego ciepła, jakie niesie ze sobą oczekiwanie na maleństwo, za to pełno w niej slangu i zbyt potocznej mowy (choć patrząc na to zjawisko z drugiej strony - może zamierzeniem autorki było takie a nie inne przedstawienie bohaterów?) Ale naprawdę - mimo ogromnych chęci - nie mogę wyobrazić sobie, ani tym bardziej w to uwierzyć, że bohaterka "Zapisków" to wypisz - wymaluj współczesna polska kobieta - nie odnajduję w niej żadnych swoich cech, nie jesteśmy w niczym podobne (czyżby przyczyną była różnica wieku? Nie wydaje mi się, chociaż może jednak tak - Wiktoria to przecież "około", a ja "jeszcze" trzydziestolatka). Poza tym mam inne priorytety w życiu i hołduję innym niż ona zasadom (np. wierności - nie wyobrażam sobie, że mogłabym  tak jak bohaterka zastanawiać się gdzie, albo kim jest tatuś mojego dziecka).

Mamusia z "Zapisków" jest jak dla mnie zbyt nowoczesna, zbyt luzacka, w ogóle to wszystko jest tak bardzo cool, że aż sztuczne, przekoloryzowane - na wiele rzeczy mam inny pogląd.

 

No i po przeczytaniu części "Zapisków" (bo nie udało mi się przeczytać jej w całości - nie mogłam się żadną siłą do tego zmusić), wiem skąd moja znajoma ma to "Kochaniutka" - pani Szwaja przesadziła z ilością użytych w książce zdrobnień - czasami co zdanie - kotusie, pieniążki, mercedesiki i koniaczki działały mi po prostu na nerwy. Autorka musiała się przecież liczyć z tym, że po książkę sięgną czytelniczki (albo i czytelnicy), a nie lalki Barbie... Już na okładce widnieje informacja, że jest to powieść dla kobiet. Oraz innych płci.

 

Zdaję sobie sprawę, że moja opinia jest BARDZO subiektywna, ale - niestety - na temat tej książki nie mam innego zdania i nie polecam jej nikomu. Szkoda czasu na czytanie i pieniędzy na zakup. A może po prostu sięgnęłam po nią w nieodpowiednim momencie?...

 

Nawet nie chce mi się nad tym zastanawiać.

Zapiski stanu poważnego
Autor: Monika Szwaja
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka , Lipiec 2004
Seria: Owocowa
ISBN: 83-7337-759-X
Liczba stron: 352
Wymiary: 142 x 202 mm
17:19, katja126 , Czytam
Link Komentarze (4) »
wtorek, 14 października 2008

 Do przeczytania „Domu nad rozlewiskiem” zachęciła mnie siostra – nasz rodzinny mól książkowy, wręczając mi swój egzemplarz ze słowami „I mnie, i mamie bardzo się podobała”. Wzięłam i ... wetknęłam między inne „ciekawe” książki, bo czasu na czytanie w owym czasie nie miałam w ogóle. Dom, ogród, trzy córcie (Najmłodsza dopiero co się urodziła) – każdą wolną chwilę wykorzystywałam wtedy na ... spanie

 

Kilka  dni minęło, nim sięgnęłam po nią i ani się obejrzałam jak przeczytałam ją jednym tchem. Po przeczytaniu kilku rozdziałów  tak się zaprzyjaźniłam z Małgorzatą i jej rodziną, że miałam wrażenie, że uczestniczę w wydarzeniach ze stron powieści. Najbardziej spodobało mi się w tej historii, że akcja dzieje się w naszych polskich realiach - na Mazurach, które ja osobiście od dawna kocham (i mam tam wspaniałą przyjaciółkę), a jej bohaterki to nasze polskie kobiety – takie „babki” z krwi i kości, które normalnie żyją, kochają, pracują, prowadzą dom i wychowują dzieci - tak jak ja borykają się z radościami i smutkami dnia codziennego. Po drodze nie tylko tracą pracę, rozwodzą się, kłócą, wątpią, ale i zakochują na nowo, wierzą w dobro w drugim człowieku, odnajdują swoje miejsce na ziemi i są takie, że chciałoby się je znać naprawdę.

Nie pamiętam, jak długo czytałam „Dom...” – stało się to bardzo szybko i żal mi było, że już się kończy. I nie ma dla mnie znaczenia, że być może (a może raczej na pewno) nigdy nie wejdzie do kanonu literatury polskiej, że nie jest tą literaturą przez wielkie L - dla mnie jest to przykład Dobrej Babskiej Książki i zapisuję ją jako nr 1 na mojej liście. A kto uważa, że jest płytka albo powierzchowna - zawsze ma wybór ... po prostu nie czytania jej.

Dodam jeszcze tylko, że od czasu przeczytania „Domu...” udaje mi się za każdym razem przepyszny i przede wszystkim klarowny rosół niedzielny (za pomysł umieszczenia w książce przepisów kulinarnych szóstka z plusem). Dzień pierogowy i „produkcja” góry pierogów to też coś wspaniałego – u mnie od lat odbywa się dzień ciasteczkowy, gdy na początku adwentu pieczemy pierniczki i ciastka (nasz rekord to 870 sztuk różnych ciastek), którymi nie tylko zajadamy się z apetytem, ale też pięknie opakowanymi w celofanowe torebeczki, przystrojonymi gałązką świerku obdarowujemy wszystkich sąsiadów wokół i przyjaciół.

Zanim dotarłam do końca "Domu nad rozlewiskiem" i uświadomiłam sobie, że książka jest pożyczona i trzeba będzie ją oddać, wysłałam moją pierworodną do księgarni z prikazem, że ma ją dla mnie kupić – bo lubię mieć książki, które mnie chwyciły za serce. Po powrocie do domu wręczyła mi dosyć grubą paczkę i uprzedzając moje pytanie rzekła: "Mamuś, do kompletu wzięłam ci jeszcze "Powroty nad rozlewiskiem". Tata się dorzucił..." Ach, ta moja kochana córeńka!!! No, to to ona ma na pewno po mnie!

I na koniec jeszcze recenzja z okładki książki - na zachętę, jeśli ktoś nie miał przyjemności przeczytania powieści:

 „Czasami los lepiej od nas wie, co powinniśmy zrobić. Bohaterka powieści w wieku, który nazywa się teraz mało twórczym, gdyż świat opanowały młode ambitne wilki (i wilczyce), traci świetną pracę w agencji reklamowej. Jest to dla niej ogromny, psychiczny wstrząs. Próby znalezienia innej pracy kończą się niepowodzeniem. Postanawia odwiedzić matkę mieszkającą na mazurskiej wsi. Straciła z nią kontakt w dzieciństwie. I tam nie tylko odzyska spokój, lecz także zrozumie, na czym polega sens ludzkiego życia. To nie jest baśń ani poradnik, to książka o bardzo prostych, odwiecznych sposobach poszukiwania prawdy o sobie. Miłość jest jej częścią. Kiedy będziesz ją czytać, spadnie ci ciśnienie, puls wróci do normy, a oszalałe ze stresu serce zacznie znowu bić spokojnie. Spróbuj i przejdź do innego, lepszego świata. W nim nie ma już żadnego szefa”.

Andrzej Rostocki - Autor listy bestsellerów w „Rzeczy o książce” w „Rzeczpospolitej” oraz felietonista „Tygodnika Powszechnego

Autor: Małgorzata Kalicińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka , Marzec 2008
Seria: Polski Kameleon
ISBN: 978-83-7298-912-3
Liczba stron: 492
Wymiary: 155 x 235 mm

23:15, katja126 , Czytam
Link Komentarze (3) »
Zakładki:
Obecnie czytam... coś o wiele lepszego niż moja wyzwaniowa "Trędowata"...
Niedoczytane, odłożone "na zaś kiedyś może..."
Książki przeczytane w 2008
Książki przeczytane w 2009
Ich lese bei...
Kontakt
Podczytuję...
Podpatruję...
Te blogi też lubię...
Tu łykam ślinkę...
Dekoratorskie...
Szablon mojego bloga
Tłumacząc zaglądam do...
Ulubione księgarnie
Ulubione sklepy
Wydawnictwa
Wyzwanie czytelnicze
Zaglądam do...
darmowe liczniki