na pchlim targu można znaleźć wszystko - tak jak u mnie. Będzie więc o dzieciach, książkach, patchworkach, wieńcach adwentowych i szydełkowych firankach i serwetkach

Biblioteczka moich dzieci

środa, 28 stycznia 2009

Szyję, szyję i nie mam czasu na nic normalnego, czyli np. na czytanie. Ale po dzisiejszych zakupach wróciłam z księgarni z tą oto książeczką dla Najmłodszej - z tym, że to nie o niej chciałam napisać (nic rewelacyjnego, nie warto). Gdy mi dziś po południu wpadła w ręce, przypomniało mi się jak podobną książeczkę oglądałam parę(naście) lat temu z chyba 2,5-letnią wówczas Najstarszą.

No więc siedzę sobie wygodnie w fotelu, dziecię na kolanach, "Zwierzątka i ich dzieci" w ręku, nasze pierwsze oglądanie wspomnianej książeczki. 

- Jakie to zwierzę? - pytam, a Najstarsza odpowiada "Owieczka". - A jak nazywa się jej dziecko? - Baranek!

- A jakie zwierzę tutaj widzimy? - To kura - pada odpowiedź. - A jej dziecko? - Pisklątko!

- No, a tutaj? - pytam niezrażona dalej. - Koń! (W dalszym ciągu nie prostuję jeszcze żadnej z jej wypowiedzi). - A dziecko jak się nazywa? - Kucyk!!! (w tym momencie uznję, że muszę zareagować).

- Nie, kochanie, kucyk to też koń, tylko taki mały - on już większy nie urośnie. To taka specjalna rasa.

- Nie, mamusiu, dziecko konika (???????????!!!!!!!!!!!!) nazywa się kucyk!

- A ja wiem, że inaczej. Pomyśl chwilkę, a ja Ci może trochę podpowiem. Źreee...

- Źrekucyk!!! Ale on mamusiu nie źre, tylko pije mleczko od swojej mamy...

Najmłodsza poza kilkoma prostymi słowami jeszcze nie mówi, na razie potrafi tylko po swojemu naśladować dźwięki, jakie wydają zwierzęta, ale ksiązeczkę przyjęła z entuzjazmem. Ja też, bo biorąc pod uwagę niszczycielskie zapędy mojej córci ("czyta" jak... tornado?), nie będzie mi szkoda, jak ją podrze. Książeczki nie oceniam, jako wartościową - ilustracje zbyt realne, wszystko podane "na talerzu", ale do samodzielnego obcowania z książką - w sam raz. Te cenniejsze pozycje z naszej domowej dziecęcej biblioteczki ulokowałyśmy na wyższych półkach i pilnujemy, żeby razem z nią je oglądać - jak zostanie sama, zawsze urwie kawałek strony. I co ciekawe - nie "ruszają" jej nasze dorosłe książki, tych nie wyciąga z półek, a już mój regał ze słownikami omija szerokim łukiem. Czyżby miała awersję do języków obcych?

czwartek, 15 stycznia 2009

Musiałam zrobić drugi wpis na temat wierszy pani Kulmowej, bo w poprzednim nie wszystko się zmieściło (nawet nie wiedziałam, że wpis może mieć jakąś ograniczoną wielkość czy długość). Tak więc rodzinnych dedykacji z poprzedniego wpisu ciąg dalszy:

Dla mnie moje dziewuszki znalazły "Mamy mamę" - a jakże, wiersz o mamie dla mamy, wzruszyłam się, gdy to czytały

Najlepsze u mamy

jest to

że ją mamy.

Mamy ją swoją nie cudzą.

Nie inna.

Zawszę tę samą.

I żeby nie wiem co się stało

mama zostanie mamą.

Tylko jedna mama na zmartwienia.

Tylko jedna na dwójkę z polskiego.

Tylko jedna od bójki z najlepszym kolegą.

Jedna od bólu zęba

i od przeziębienia.

Nie na sprzedaż.

Nie do zamiany.

Nasza

wszędzie i przez cały czas.

Więc najlepsze u mamy

jest to

że ją mamy i że mama ma właśnie nas.

O, i jeszcze dla wujka M. od cioci Kloci wierszyk "Gdybym miał dzisięć rąk"

Gdybym miał dziesięć rąk ?

To jedną

Drapałbym się w głowę.

Drugą

Jadłbym lody. Czekoladowe.

Trzecią grałbym w guziki.

Czwartą szarpałbym dziewczyńskie warkoczyki.

Piątą sprałbym tych dwóch od sąsiadki.

Szóstą

Skubałbym kwiatki.

Siódmą -

Od niechcenia -

Kierowałbym ulicznym ruchem.

Ósmą

Łapałbym muchę.

Dziewiątą

Waliłbym w ogromny bęben.

A dziesiątą?

Dziesiątej używać nie będę.

Bo co?

Bo rzecz wiadoma:

Straszniem się napracował tamtymi dziewięcioma.

Można  by tak w nieskończoność, ciekawe co by się pierwsze wyczerpało - wiersze czy rodzina? Ale tak na poważnie - książka ta jest przeogromną skarbnicą pomysłowości tematycznej i językowej (np. Kraina Nigdyniewyspania,Krześlaki rżą i krzeszą iskry kopytem, stołoń - biedna pokraka taka) i kto raz zapozna się z tymi wierszami, temu pisana będzie miłość do nich i ich autorki do końca życia. Wiersze Joanny Kulmowej mogą odgrywać dla dzieciaków ogromną rolę - będą bawić, uczyć, pocieszać, rozwijać wyobraźnię, będą pomagać kształtować uczucia miłości, przyjaźni, tolerancji - trzeba je tylko dzieciom dać, a one będę z nich radość czerpać garściami. I pokochają je całym sercem na zawsze. Tak jak my!

       

 

           

"Kulmowa dzieciom"

Wydawnictwo: G&P 

ilustracje: Aleksandra Michalska-Szwagierczak

oprawa: twarda

format: A4

objętość: 156 stron

ISBN: 978-83-7272-174-7

... i ja jestem tego żywym dowodem. To taka miłość na całe życie. I od pierwszego wejrzenia. Byłyśmy w zeszłym tygodniu ze Straszomłodszą w bibliotece i w ręce wpadła nam książka z gatunku naszych ulubionych, ba! ukochanych. W sam raz na niedzielne piknikowanie (w łóżku) - zbiór wierszy Joanny Kulmowej "Kulmowa dzieciom".

Oj, podobało nam się i to bardzo (mnie to się w takich chwilach i wiersze podobają i to,że moje dziewczyny mam przy sobie). I gdy tak w niedzielny poranek leżałyśmy w łóżku, delektując się naszym piknikiem, stwierdziłyśmy, że dla każdego w naszej rodzinie bliższej i dalszej znajdzie w tym zbiorze pasujący wiersz, np. dla Najstarszej zadedykowałyśmy "Krainę Nigdyniewyspania" - jeśli nie musi wstać, potrafi przespać cały dzień, wstaje zjeść kanapkę po czym znów idzie spać i przesypia całą noc. Nic, tylko pozazdrościć zdrowego snu - chociaż mnie szkoda czasu, tyle fajnych rzeczy można zrobić, przeczytać, uszyć, zobaczyć itp.

Daleko od wstawania

jest kraina Nigdyniewyspania

Czy deszcz pada

czy świeci słońce

Nigdyniewyspanie jest śpiące.

Dzwonią dzwony

terkoce budzik.

Nigdyniewyspania nic nie zbudzi.

Śnią się Nigdyniewyspaniu senne zimy

senne wiosny i jesienie

senne lata.

I my w Nigdyniewyspaniu tkwimy

w nigdyniewyspanych światach.

Tam jesteśmy i musimy tam leżeć

choć myślimy że jesteśmy tylko tu.

Bo to Nigdyniewyspanie nigdy nie uwierzy

że jest coś

tam gdzie nie ma snu.

 

"Gdyby ciocia miała wąsy" - dedykacja dla naszej Cioci Kloci, nie dlatego, że ma wąsy, ale zabawnie było sobie ją z tymi wąsami wyobrazić.

Gdyby tak ciocia miała wąsy

byłoby z nimi nieco roboty.

Bo zakręcałaby je każdej nocy na papiloty.

I myłaby je w cytrynowej wodzie,

żeby miękkie były

jak aksamit.

I zamęczałaby wszystkich co dzień:

- Czy nie pięknie mi z tymi wąsami?

Rozczesywałaby je szczotką - 

tak jak się brodę rozczesuje - 

żeby każdy mógł się zachwycać:

- O! Ciotko!                                         

Ciotka jest prześlicznym wujem! 

Na to ciotka śmiałaby się jak trzpiotka: 

- I ty też nabrałeś mi się na to? 

Wcale nie jestem wujem.  

Jestem ciotką.

Tylko wąsatą! 

 

Dla swojego Taty, a mojego K., dziewczyny wybrały wiersz pt. "Wół" (no cóż, Starszomłodsza dostała takiego ataku śmiechu, że nie mogła bardzo długo się uspokoić. Śmiała się i śmiała, śmiała i śmiała - naprawdę bez końca)

Nie pamięta wół

jak cielęciem był.

Nie może sobie przypomnieć.

Martwi się

martwi

ogromnie:

Czy zawsze miałem rogi

i nogi

i głowę

i wielkie oczy wołowe?

Czy byłem wołkiem czy wołem?

Czy ukończyłem szkołę?

Czy miałem dobrą cenzurę?

Czy dostawałem w skórę?

Czy dawno mi uszy wyrosły?

A może zawsze

zawsze

zawsze byłem dorosły?

Pamiętam tak niewiele...

Ach jakież ze mnie cielę!

A dla dziadka Stasia "W aptece" (oj, żeby ten nasz dziadziuś nie chorował i był zawsze zdrowy)

W aptece jak to w aptece

okropnie długi ogonek.

Tu na recepty. Tutaj bez recept.

Czym mogę służyć? Załatwione.

Rycyna.

Pigułki.

Olej.

Proszę bardzo

teraz pana kolej,

- A pan szanowny nic nie brał jeszcze?

Czemu pan stoi i stoi?

- Bo ja poproszę

panie magistrze

o ten różowy słoik.

- Różowy?

To są proszki od bólu głowy.

- Ja jestem stary panie magistrze

mnie boli tamto i to

więc chcę mieć szkło najprzezroczystsze,

żebym mógł patrzeć panie magistrze

żebym mógł patrzeć przez szkło.

Świat się stanie różowy różowy,

a ja będę już zawsze zdrowy...

niedziela, 26 października 2008

Piknik o poranku w ostatnią niedzielę października? Tak, to możliwe - u nas to spotkanie w łóżku z książkami przy porannej kawce, herbatce i butelce mleka - co tam akurat każdy lubi. W piżamach, z potarganymi włosami, bez pośpiechu, w cieplutkich pieleszach. Zaczęliśmy piknikować w 2000 albo 2001 r. i tak to już się ciągnie. Ładny szmat czasu, ale dla mnie to dowód, że warto wprowadzać dobre zwyczaje w rodzinie. 

Udział w pikniku bierze cała rodzina i każdy sobie coś tam czyta, a gdy trafi się na coś ciekawego - znalazca odczytuje to na głos. Z mojego czytania już dawno nici, bo dzieciaki znoszą do łóżka stosty swoich ulubionych tomisk i na dobrą sprawę cały czas czytają, "co akurat znalazły". Najstarsza czasami się wyłamuje, ale wtedy najczęsiej czyta coś swojego u siebie. Albo odsypia nocne, sobotnie buszowanie w sieci.

Dzisiaj Starszomłodsza wygrzebała ze swojej biblioteczki Marcina Brykczyńskiego "Ni pies, ni wydra czyli o wyrażeniach, które pokazują nasz język"

Ta książeczka od wielu już lat towarzyszy nam w coniedzielnym, rodzinnym piknikowaniu. Można się nieźle pośmiać, bo jej autor to "mistrz pióra" i znawca naszej jakże giętkiej, i jakże pięknej i bogatej mowy polskiej. Każdego, kto choć trochę jest świadomym języka polskiego, zachwyci językowy kunszt, błyskotliwy humor i inteligencja Brykczyńskiego. I można tutaj żywić nieśmiałą nadzieję, że co nieco z tego uszczkną nasze pociechy, gdy się zapoznają ze wspaniałą zawartością niniejszej książki. Dla mnie zawsze ogromne znaczenie miało i ma, jak moje dzieci mówią. Język polski jest jak studnia bez dna i można z niej czerpać garściami, bezkarnie, bez strachu, że za dużo wzięliśmy - z tego nikt nas nie rozliczy, ale podziwiać sposób wysławiania się będą kiedyś wszyscy (można przecież wyrobić sobie swój własny styl, mówiąc inaczej, niż rówieśnicy - po polsku właśnie, a nie slangiem)

Przedmowę do naszego wydania (bo w 2005 wydano ją ponownie

  napisał prof. Jan Miodek, a dla mnie jest on gwarantem, że książka będzie naprawdę nadawała się pod względem językowym dla naszych pociech.

Nie wiem, jak inni, ale ja muszę "posmakować" kilku fragmentów książki, zanim się do niej przekonam. Recenzje są zawsze subiektywne i przedstawiają opinie innych, a te nie zawsze mnie przekonują. Tak więc, proszę Państwa, czy mogę przedstawić? Marcin Brykczyński

Nie tędy droga

Niespodziewanie, drogą radiową,

Nadano dzisiaj wiadomość nową,

Że pewna krowa, rodem spod Łodzi,

Wciąż na złą drogę niestety schodzi.

Tu swoją drogą zapytać warto,

Kto widział krowę aż tak upartą,

Że choć w pół drogi jest od pastwiska,

To jednak kusi ją droga śliska.

"Nie tędy droga!" powtarzam krowie,

"Tą drogą tylko marnujesz zdrowie!"

A krowa na to, nie znając trwogi:

"Idź własną drogą, szerokiej drogi!"                         

Końskie zdrowie

Raz, podobno koło Błonia,

Tak powiedział koń do konia:"

Stary koniu, niech się dowiem,

Czy masz jeszcze końskie zdrowie?

Możesz przyznać się w tym gronie,

Znamy się jak łyse konie,

I nie zdarza się na błoniach,

By koń konia zrobił w konia".

"Jestem zdrów jak koń, mój koniu!"

Rzekł pytany i się skłonił,

Zapewniając w krótkich słowach:

"Mogę wciąż jak koń harować!

Konia z rzędem temu daję,

Kto ode mnie wcześniej wstaje

I zapewniam Cię na stronie,

Że kraść możesz ze mną konie!"

Przy każdym wierszyku zamieszczony jest słowniczek, wyjaśniający znaczenie   użytych idiomów (np. swoją drogą - mimo wszystko). Całość  została pięknie zilustrowana przez Małgorzatę Bieńkowską, Zbigniewa Kołaczka, Joannę Sedlaczek i Roberta Macieja. Ich obrazki są wspaniałą wizualizacją dla maluchów i pomogą ugruntować poznane zwroty.

Warto sięgnąć po tę pozycję, bo - jak mawiał mój matematyk, pan P. - "czym skorupka za młodu nasiąknie... tego Jan nie będzie umiał" . Jeśli my sami nie zadbamy teraz o nasze największe skarby, jeśli nie poświęcimy im naszego czasu - to naprawdę skutki tego za kilka lat będą opłakane. Ta książka to jeden z wielu pomocnych środków w nierównej walce z telewizją, internetem i "bandą" rówieśników na parkowej ławce - kiedyś to oni mogą mieć większy wpływ na nasze dzieci niż my...  A potrzeba tylko i wyłącznie czasu, czasu i jeszcze raz czasu oraz trochę dobrych chęci, odrobinę świadomego i roztropnego wyboru i szyptę fantazji i humoru. Tego nasze pociechy nigdy nam nie zapomną

poniedziałek, 20 października 2008

                  

Odkurzania ciąg dalszy, czyli wyciągam z szaf i ze strychu po moich Najstarszej i Średniomłodszej dla Najmłodszej - dziś przypomnę wyliczanki Danuty Wawiłow i jej córki Natalii Usenko - jak znam życie, niedługo znów będzie u nas wszystko "wyliczane"...

"Tere fere kuku" była ukochaną książeczką w biblioteczce moich córek (nasza miała okładkę w kolorze żółtym, ta dzisiejsza jest różowa). Po jakimś czasie okazało się, że znamy wszystko na pamięć (ja również), bo żeby wyliczanie było "sprawiedliwe" i żeby od razu nie można było przewidzieć na kogo "bęc", brałam najczęściej udział w zabawie. Moja ulubiona to:

Trąf, trąf, Misia, Bela,

Misia, Kasia, Konfacela,

Misia a, Misia be, Misia Kasia Konfa ce.

Największe nasze rozbawienie wywołała jednak ta, i chyba dlatego córcie ją ukochały:

Jedzie krowa na rowerze, a za krową trzej żołnierze,

Czekaj krowo, powiedz słowo - nie poczekam, bo uciekam.

Poza tym, na wzmiankę zasługują wszystkie, bo są bardzo króciutkie, a przede wszystkim zabawne i urocze. Gwarantują na pewno świetną zabawę.

Tere fere kuku                                                Na wysokiej górze

Strzela baba z łuku                                         Stało drzewo duże,

Zestrzeliła księżyc z nieba,                              Nazywało się

Narobiła huku.                                                Apli-papli-blite-blau

                                                                      A kto tego nie wypowie,

                                                                     Ten nie będzie z nami grał.


Pan Twardowski na kogucie                                 Enk, penk, balon pękł,

W jednym kapciu, w drugim bucie,                      A z balona wyszła wrona,

lata sobie, podskakuje,                                      Cała żółta i zielona,

dziwne słowa wykrzykuje:                                   Nie ma pupy i ogona.

"Eus deus kosmateus, imorele baks!"


Jedzie kareta, dzwonek dzwoni,                 Jedzie pociąg do Krakowa,

w tej karecie tysiąc słoni,                           Wyleciała z niego krowa,

A na przedzie siedzi śledź -                        A te wszystkie co zostały,

Chcesz, to z nimi jedź!                              Strasznie na nią plotkowały.


Jakiś czas temu wykorzystałyśmy wyliczanki do wykonania kalendarza rodzinnego. Najstarsza zrobiła go na Gwiazdkę dla taty, Średniomłodsza - dla swojej chrzestnej, Cioci Kloci. Poniżej kilka zdjęć przedstawiających twórczość własną i ZAWSZE radosną moich córek.

piątek, 17 października 2008

Wiele, wiele lat temu znalazłam gdzieś niemiecki tekst tej opowiastki, a że bardzo mi się spodobała, postanowiłam zapisać ją w wersji polskiej dla moich cór. Były wtedy bardzo małe i niezbyt dobrze znosiły wielogodzinne podróże samochodem pomiędzy Polską a Niemcami, gdzie wówczas mieszkaliśmy, trzeba więc było mieć tzw. "pełen rękaw" pomysłów na autostradową nudę. "Opowiastka o Janku Niecierpliwym" wielokrotnie ratowała nas z opresji, a zwłaszcza w sytuacjach, gdy nie można było przyspieszyć zdarzeń, gdy jak już wspomiałam, trzeba było przejechać określoną ilość kilometrów, odczekać "swoje" w poczekalni u lekarza, albo rzeczywiście "na dobranoc". Dużo zależy wtedy od zawartości kaset (ulubione piosenki, bajki - w naszym przypadku wspaniale sprawdzał się kiedyś Miś i Margolcia, a i dziś Najmłodsza za nimi przepada bo - nie wiedzieć czemu jakoś się uchowały i teraz są jak znalazł), albo od pomysłowości mamy lub taty. Pamiętam, że gdy pierwszy raz opowiedziałam Najstarszej i Straszomłodszej tę historię, bardzo im przypadła do gustu ( -"Nasza mama to napawdę umie fajnie opowiadać" - po dziś dzień brzmi w uszach ten zachwyt). Potem często kręciły guzikami przy swoich kurtkach, aż w końcu jedna z nich stwierdziła: "Coś ty, głupia!!! Nie kręć tym guzikiem, bo Ci się spełni i będziesz miała. SZKODA ŻYCIA, ŻEBY GO NIE PRZEŻYĆ!". Tak więc usiądźcie wygodnie i posłuchajcie. Zapraszam:  

Żył sobie pewnego razu młodzieniec, którego w okolicy wszyscy nazywali Jankiem Niecierpliwym. Zamiast chodzić – biegał, nie siadał do jedzenia tylko chwytał w locie kawałek chleba lub jakiś owoc i znów gdzieś się spieszył, robota paliła mu się w rękach – taki to już był raptus. Nie zwracał uwagi na pogodę, nie zauważał nadejścia wiosny ani przybycia ptaków, po prostu żył bardzo szybko, ale i tak ciągle wydawało mu się, że wszystko dzieje się zbyt wolno.

Pewnego dnia umówił się ze swoją ukochaną. Tak się spieszył na  spotkanie, że przyszedł za wcześnie. Czekał i czekał na jej przyjście, ale im dłużej czekał, tym bardziej stawał się zniecierpliwiony. Położył się pod drzewem i był już bardzo zły, że jego ukochana jeszcze nie nadeszła, gdy wtem pojawiła się przed nim dziwna postać.Był to mały człowieczek karłowatego wzrostu, o bardzo brzydkiej twarzy i przebiegłych oczach. Przez chwilę przyglądał się w milczeniu leżącemu pod drzewem młodzieńcowi, świdrując go swymi małymi oczkami i jakby zastanawiając się, co powiedzieć. I po krótkiej chwili rzeczywiście odezwał się skrzekliwym głosem: „Witaj młody człowieku! Nie znasz mnie, ale ja znam ciebie i wiem, dlaczego jesteś teraz bardzo rozdrażniony. Nazywasz się przecież Janek Niecierpliwy i bardzo nie lubisz czekać”. „To wszystko prawda, co mówisz, ale dlaczego stoisz tu przede mną i mi się przyglądasz?”- spytał Janek. Karzeł zachichotał i odrzekł: „Mam coś, co mogłoby pomóc ci skrócić oczekiwanie – nie tylko na twoją ukochaną, ale i na inne rzeczy, które chciałbyś w swoim życiu osiągnąć. A wszystko to bez niepotrzebnego czekania.”

Oj, spodobał się pomysł ten naszemu Jankowi. „A co to jest i co chciałbyś w zamian?” „Nie chcę niczego w zamian – odparł karzeł – a przedmiot, o którym mówię to tylko rogowy guzik, który mogę ci podarować. Weź go i przyszyj do swojej kapoty. Ma on niezwykłą moc - jeśli pomyślisz o czymś,co chciałbyś osiągnąć i na co nie chcesz czekać – przekręć guzik w prawo. Przeniesie on cię w czasie do twojego upragnionego celu.” Janek Niecierpliwy z niecierpliwością wyciągnął rękę po guzik, a karzeł podał mu go z uśmiechem. Po chwili guzik był już przymocowany do kapoty Janka, a ten zdecydował się sprawdzić, czy słowa karła są prawdą.

Jego pierwsza myśl była taka, żeby jego ukochana przyszła już na miejsce spotkania i żeby nie musiał na nią dłużej czekać. Przekręcił guzik w prawo – i oto stoi już przed nim dziewczyna. Uśmiechnął się do niej z zadowoleniem i klasnął w dłonie.

„No tak, wszystko jest piękne i ładne, ale ja wolałbym, żeby już nadszedł czas naszego wesela.” Jeden ruch ręki w prawo i oto proszę – oboje młodzi w weselnych strojach siedzą wraz z goścmi przy weselnym stole i swiętują swe zaślubiny. Orkiestra przygrywa wesoło, a goście bawią się radośnie przy dźwiękach skrzypeczek.

Janek popatrzył w oczy swej ukochanej i znowu o czymś pomyślał z tęsknotą : „Ach, żebyśmy już tak wreszcie mogli być sami!” – i znowu wystarczył jeden ruch ręki. Nagle stała się noc i najskrytsze pragnienia Janka spełniły się. Nasz bohater był zachwycony prezentem od karła.

Ale ciągle wydawało mu się, że jeszcze coś brakuje mu do pełni szczęścia. Zaczął się zastanawiać, co chciałby osiągnać w swoim życiu i co z tych jego celów wymagało długiego czekania.

„Chciałbym wybudować dom – jeden potajemny obrót guzikiem – i oto jest piękne lato, dom stoi wybudowany na przepięknym wzgórzu. Popatrzył na ukochaną krzątającą się w kuchni nowego domu, i pomyślał, jakby to było pięknie, gdyby już mieli dzieci. Przekręcił guzik w prawo, i oto proszę – znów przeskok w czasie. Był już trochę starszy, ale na jego kolanach siedzieli synek i córeczka, a on sam spoglądał przez okno na znajdujący się za domem sad. „Jaka szkoda, że jeszcze nie czas zbiorów i długo trzeba będzie czekać, aż owoce się dojrzeją. Żeby tylko pogoda dopisała tego roku” , ale wtem przypomniał sobie o guziku i znów jak zawsze – obrót w prawo i proszę – przeskoczył w czasie – w sadzie zbierano dojrzałe owoce, a z nieba uśmiechało się do niego złote słoneczko.

I tak było już zawsze - ciągle coś nowego przychodziło Jankowi Niecierpliwemu do głowy, co bardzo chciał osiągnąć, a na co jak zwykle nie chciał czekać i ciągle przekręcał zaczarowany guzik w prawo. I zanim się obejrzał, postarzał się bardzo, na głowie miał siwe włosy i leżał na łożu śmierci. I nie miał już niczego, co brakowałoby mu w życiu – poprzez obracanie guzikiem osiągnął wszystko, o czym mógł tylko zamarzyć. Ale czy był szczęśliwy?

I w tym momencie zrozumiał, że źle przeżył swoje życie. Zawsze chciał sobie zaoszczędzić czekania i w ten sposób brał z życia tylko to, co najlepsze – tak jak z ciasta niektórzy wydłubują rodzynki. Teraz, gdy jego życie minęło jak w okamgnieniu, zrozumiał, że popełnił błąd i że całe życie warte jest tego, żeby je przeżyć powoli, a nie w przyspieszonym tempie. Ach, oddałby wszystko, żeby chociaż troszeczkę cofnąć czas i przeżyć życie na nowo!

Drżącymi rękoma dotknął guzika i ostrożnie, bardzo ostrożnie spróbował przekręcić go w ... lewo. I o dziwo – guzik nie stawiał oporu! Janek obudził się pod drzewem, gdzie położył się czekając na ukochaną i gdzie rozmawiał z karłem. Ale teraz juz go nie przerażało czekanie, cały pośpiech i niecierpliwość gdzieś zniknęły, a on ze spokojem patrzył sobie w błękitne niebo, przysłuchiwał się ćwierkaniu ptaszków i bawił się z biedronką wędrującą po źdźble trawy.

W trakcie opowiadania tej historii można zaprosić do zabawy swoje pociechy, propnując im, żeby wymieniały cechy wstrętnego wyglądu karła albo żeby wymyślały, o czym jeszcze mógł marzyć Janek. Nawet sobie nie zdajecie sprawy, co potrafią wymyślić maluchy. Zabawa jest naprawdę świetna, bo dzieciom daje kolejną możliwość rozwijania swojej wyobraźni (w niewymuszony i bardzo naturalny sposób), a nam daje cudowny kontakt z dzieciakami i możliwość ich lepszego poznania.

Gorąco polecam - naprawdę warto! :-)))

środa, 15 października 2008

 

Zajrzyj do środka książki tutaj

Nie słyszałam o tej poetce do momentu 9. urodzin Starszomłodszej (w 2006), kiedy to szukając upominku dla niej w końcu i tak wylądowałam w księgarni, bo ani żaden pluszak, ani tym bardziej "co innego", nie nadawały się na urodzinowy prezent. Zawsze tak się dzieje, bo jakkolwiek w innych sklepach nie mogę się na nic zdecydować, tak w księgarni zawsze wiem, czego szukam - ba! rzekłabym nawet, że wiem, czego potrzebuję i to tak bardzo, jakby od tego zależało moje życie!

Moje dzieci uwielbiają wiersze, a ja z wyboru i wykształcenia jestem germanistką, a tu w ręce mi wpadł polsko - niemiecki zbiór wierszy dla dzieci "Moje krajobrazy. Meine Landschaften" Karoliny Kusek. Jeszcze w księgarni przeczytałam dobrą połowę - kilka na próbę, ale dalej to już było klasyczne i totalne tzw. "wciągnięcie". Wiedziałam, że Wiki będzie zadowolna. I wierzcie mi lub nie - Wasza sprawa - stan tego zadowolenia trwa do dzisiaj. Nazbierało mi się ostatnio prasowania, więc gdy się dziś za to wzięłam i byłam zajęta, a Wiki miała pobawić się z Klarą, w pewnym momencie podeszłam po cichutku do drzwi pokoju, w którym zwyczajnie nic się nie działo i usłyszałam... że obie "raczą się" poezją, tzn. Klara leży na podłodze, a Wiktoria jej czyta. To, że Wiki sięgnęła po tę właśnie książkę, nie dziwi mnie wcale, bo wiersze babci Karoliny (urodzonej w 1940 r, w rzeczywistości napisane dla jej własnych wnuków) są bardzo ciepłe i bezpośrednie, przepełnione miłością do dzieci i przyrody i zawsze opromienione złotem słońca. W jej wierszach każde dziecko poczuje "dosłownie", jak piękny jest świat, jak ważne są nasze tradycje. Pięknie i prosto pisze o wszystkim tym, co jest mniej lub bardziej ważne w naszym życiu, a dzięki temu nasz mały czytelnik zaczyna obserwować, rozumieć, dostrzegać i podziwiać np. piękno pór roku i ich przemijanie. Do tego wszystkiego książka jest przepięknie zilustrowana przez Katarzynę Kołodziej i rewelacyjnie wydana. Z całą pewnością ucieszy oko małego czytelnika.

 Poezja Karoliny Kusek zaprasza każdego do przeżywania wzruszeń, które będą szczególne wtedy, gdy ich źródłem stanie się wspólna lektura babci i wnuka, wnuczki i dziadka. Tworzy się wtedy zdumiewająca nić porozumienia między młodością i starością, między dzieckiem, które doznaje zachwytu bogactewm świata, i siwym człowiekiem, który dobrze zna smak tego bogactwa i potrafi zeń czerpać radość życia - bo przecież "jak barwnie mi tu, jak zielono"... Dobrze jest przeżyć takie chwile zwyczajnej radości. Poetyckie wędrówki łączą równie silnie jak rozmowy albo wspólne milczenie w zachwyceniu nad pięknem świata". (fragment "Posłowia" Grzegorza Leszczyńskiego z UW)

Nasze najbardziej ulubione wiersze z tego zbioru  to "Atak wiosny", "Jesienna wyprzedaż"  oraz "Zniedźwiedziała jesień". W zasadzie mogę śmiało stwierdzić, że podobają nam się wszystkie, ale te są rzeczywiście "najulubieńsze"...

Atak wiosny

Gdy zapala się słonko,

gdy śnieg prószy z deszczem,

zima słabo się czuje.

Ma silne dreszcze.

Gdy zadraśnie ją krokus szpicem parasolki,

zima skręca się z bólu.

- Oj, oj! - krzyczy. Kolki.

A gdy już ją dolecą

świergoty radosne

zima umiera

na atak... wiosny.

Zniedźwiedziała jesień

Jesień już całkiem zniedźwiedziała,

odkąd to rude nosi futro.

Coraz leniwiej teraz człapie,

I szybciej dyszy.

Mocniej sapie...

A już za chwilę w mateczniku

wymości sobie legowisko

i mocno zaśnie w puchu zimy...

Z miodowym plastrem słońca w pysku.

Jesienna wyprzedaż

Stoi jesień przy straganie

od rana do nocy.

Sprzedaje warzywa.

Targuje owoce.

Wiązanki chryzantem także ma ta pani.

Towar swój zachwala,

że dobry,

że tani.

A gdy tak uwija się ta sprzedawczyni -

jednym nie doważy,

a drugim przyczyni.

A i w tym pośpiechu

niejednemu wciśnie

zamiast świeżych jabłek...

zasuszone liście.

Autor ilustracji:Katarzyna Kołodziej
Przekład:Wolfgang Jöhling
format:B5
ISBN:83-7254-709-2
oprawa:twarda
papier:kreda
ilość stron:112
wydawnictwo:Siedmioróg
data wydania:2005
środa, 24 września 2008

Nie pamiętam, kto jest autorem tego wiersza, chociaż, gdy tak grzebię w swej dobrej, choć krótkiej pamięci, wydaje mi się, że mogłaby go napisać Danuta Wawiłow. Może tak jest rzeczywiście. Muszę to sprawdzić przy okazji kolejnej wizyty w bibliotece. Wiem natomiast z całą pewnością, że pochodzi on ze zbioru wierszy dla dzieci "Nasz dom mruczy jak kot" - książki, którą po przeczytaniu jak zwykle oddałyśmy, a potem - zupełnie nie wiedzieć, czemu - okazało się, że w zbiorach bibliotecznych jej nie ma, a ostatnimi czytelnikami byłyśmy my... Po wielu, bardzo wielu miesiącach, czyli po remamencie księgozbioru - książka na szczęście się odnalazła i nie nęka nas już więcej widmo "dokonanej rzekomej kradzieży". No cóż, było to nieprzyjemne, ale czy tylko dlatego zapamiętałam ten wiersz? Chyba nie... Jest bardzo piękny i zarazem nieskomplikowany, w bardzo prosty sposób pokazuje dziecku, jak w "bajkowy" sposób może powstać rodzina i - co najważnieksze -  doskonale nadaje się do "cowieczornego" opowiadania na dobranoc. Ja zapamiętałam go po pierwszym przeczytaniu, gdy Starszomłodsza była mała i pamiętam do dziś - często opowiadam go naszej 1,5 rocznej Najmłodszej (mam nadzieję, że dokładnie). Zatem posłuchajcie...

Siedziała nasza mama na wieży.

I przybyło siedmiu rycerzy.

Każdy się nadymał jak paw.

Mieczami machali i wykrzykiwali:

"Obetniemy siedem głów!

Odrąbiemy siedem łap!

Wystrzelimy prosto w łeb: pif - paf!

A kto smoka zabije - rzuci mu się na szyję

królewna piękna jak szczęśliwy traf."

I wołała nasza mama, że nie!

Ale oni tak się darli szalenie,

tak wrzeszczeli na całe gardło,

że... w ogóle do nich nic nie dotarło.

A tymczasem z dalekiego świata

nadjechał nasz tata.

Stanął tylko przed jamą i cmoknął "cmok"!

Wtedy grzecznie, posłusznie wylazł z jamy smok...

I siedli na smoczy grzbiet,

i lecieli daleko, het,

aż do naszego miasteczka,

gdzie są małe białe domki i rzeczka.

I właśnie od tej chwili [np. Katju] wszystko się zaczyna.

no, bo wtedy powstała nasza rodzina.

Prawda, że cudne? Istna perełka wśród masy wierszy i wierszyków dla dzieci. Recytując go mojej córci, naprawdę mam wrażenie, że to o nas - że to ja jestem tą królewną w wieży, oswobodzoną przez księcia na białym koniu, czyli mojego K., który pokonał i straszliwego smoka, i tych wszystkich nadętych "kandydatów" do mojej ręki. Bo przecież, nie czarujmy się - gdyby nie to - to nie byłoby naszej, tylko jakaś zupełnie inna rodzina. Ale tego już moim córciom nie dopowiadam...

"Bez względu na to ile masz zajęć, najważniejszą rzeczą, jaką możesz zrobić dla przyszłości swego dziecka, oprócz okazywania mu miłości przez przytulanie, jest codzienne głośne czytanie oraz radykalne ograniczenie telewizji". Jim Trelease, autor "The Read-Aloud Handbook" (Podręcznik głośnego czytania)

Pamiętam jak kilka lat temu zachwycił mnie pomysł akcji "Cała Polska czyta dzieciom". W momencie jej wprowadzenia w 2002 (albo 2001 - nie pamiętam dokłądnie), my (tzn. moje córki i ja) byłyśmy już na poziomie powiedziałabym bardzo zaawansowanym w codziennym czytaniu...Ucieszyło mnie niezmiernie, że jako dobry rodzic czytam dzieciom książeczki przeróżnej maści, bo wiadomo - codzienne czytanie wzmacnia więź pomiedzy rodzicami i dziećmi, pomaga w przyswajaniu  wiedzy wszelakiej, że jest o niebo lepsze od spędzania czasu przed telewizorem albo komputerem itd., itd. Ale oprócz radości miałam też "zmartwienia" - bo jakkolwiek moje córcie uwielbiały wspólne czytanie ze mną, tak do samodzielnej lektury nie garnęły się wcale. Pamiętam jak dziś, gdy w 3. lub 4. klasie podstawówki starsza latorośl, Najstarsza (dziś 15 l.), miała do przeczytania lekturę pt.: "Mała księżniczka". I mimo, że historia wspaniała, i do śmiechu i do płaczu, to jej właśnie kojarzy się ona wyłącznie smutno: a mianowicie siedząc nad tą książką, po przeczytaniu kilku zdań, zaczynała ronić łzy ogromne i prawdziwe, ale nie z żalu nad losem małej księżniczki, o nie... Najstarsza płakała nad losem swoim własnym - smutnym, okropnym i niesprawiedliwym - no bo przecież trzeba było przeczytać lekturę. Płacz towarzyszył nam za każdym razem, gdy została otwrata "Mała księżniczka" i nie było siły żadnej na to - dziecko płakało i nie lubiło samo czytać. Zastanawiałam się , dlaczego -  i nie umiałam sobie na to pytanie odpowiedzieć.

Od tamtego dnia minęło ładnych kilka lat. Dzisiaj Najstarsza informuje mnie przy śniadaniu, że wróci ze szkoły późniejszym autobusem, bo po lekcjach wybiera się do biblioteki.

- Dobrze, że mi to mówisz - nie będę się martwiła, gdzie się podziewasz albo czy nie uciekł ci autobus - odpowiadam spokojnie. Po czym ok godziny 17.00 dostaję od niej smsa "Mamo, możesz mnie odebrać z biblioteki? Było tyle ciekawych książek i pani była tak miła, że pozwoliła mi wypożyczyć ...27. I teraz nie udźwignę torby z nimi z przystanku do domu. Please...

Cóż więc robić? Nie pozostaje mi nic innego, jak wyprowadzić auto z garażu i pojechać po nią. Oczywiście trochę psioczę pod nosem, ale w głębi duszy radość mnie rozpiera ogromna!!!

Starszomłodsza (nie lubi określenia "średnia" wymyśliła więc "starszomłodszą", dziś 11 l.) natomiast kazała sobie czytać ciągle jedną opowiastkę, a mianowicie o przygodach sympatycznej myszy Filipa i jego porannym malowaniu wschodu słońca (czerwoną farbą) oraz o tajemniczych cętkach, które się pojawiły na twarzy i rękach Filipa. Czytałyśmy tę opowieść chyba z milion razy. Potem przyszła kolej na Kubusia Puchatka i czytanie ze zmianą głosu dla każdej postaci - zabawa przednia, nawet dziś do niej często wracamy.

W tej chwili ona również, jak jej starsza siostra kilka lat temu, znajduje się na czytelniczym rozdrożu - nie lubi sama czytać, chociaż historie czytane przez innych, ze zmianą głosów do każdej postaci wprost uwialbia. Trochę się tym niepokoję, ale przykład Najstarszej działa jak uspokajający balsam na moją duszę. Mam nadzieję, że po Starszomłodszą też kiedyś pojadę do biblioteki, bo nie będzie w stanie udźwignąć wypożyczonych książek...

A trzecia córcia? Najmłodsza ma dopiera 17 miesięcy i nie czyta sama - my usiłujemy jej coś przeczytać, ale często z marnym skutkiem. Przeważnie wyrywa nam z ręki czytaną książkę, ogląda po swojemu, do góry nogami i od tyłu - ale pocieszam się, że ziarno czytelniczych pasji w naszej rodzinie zostało po raz kolejny zasiane - no bo jakże by inaczej wytłumaczyć zachowanie Najmłodszej?

Ona po prostu też KOCHA książki...

Zakładki:
Obecnie czytam... coś o wiele lepszego niż moja wyzwaniowa "Trędowata"...
Niedoczytane, odłożone "na zaś kiedyś może..."
Książki przeczytane w 2008
Książki przeczytane w 2009
Ich lese bei...
Kontakt
Podczytuję...
Podpatruję...
Te blogi też lubię...
Tu łykam ślinkę...
Dekoratorskie...
Szablon mojego bloga
Tłumacząc zaglądam do...
Ulubione księgarnie
Ulubione sklepy
Wydawnictwa
Wyzwanie czytelnicze
Zaglądam do...
darmowe liczniki