na pchlim targu można znaleźć wszystko - tak jak u mnie. Będzie więc o dzieciach, książkach, patchworkach, wieńcach adwentowych i szydełkowych firankach i serwetkach
Blog > Komentarze do wpisu

Zwierzęta i ich dzieci - rodzinna anegdotka

Szyję, szyję i nie mam czasu na nic normalnego, czyli np. na czytanie. Ale po dzisiejszych zakupach wróciłam z księgarni z tą oto książeczką dla Najmłodszej - z tym, że to nie o niej chciałam napisać (nic rewelacyjnego, nie warto). Gdy mi dziś po południu wpadła w ręce, przypomniało mi się jak podobną książeczkę oglądałam parę(naście) lat temu z chyba 2,5-letnią wówczas Najstarszą.

No więc siedzę sobie wygodnie w fotelu, dziecię na kolanach, "Zwierzątka i ich dzieci" w ręku, nasze pierwsze oglądanie wspomnianej książeczki. 

- Jakie to zwierzę? - pytam, a Najstarsza odpowiada "Owieczka". - A jak nazywa się jej dziecko? - Baranek!

- A jakie zwierzę tutaj widzimy? - To kura - pada odpowiedź. - A jej dziecko? - Pisklątko!

- No, a tutaj? - pytam niezrażona dalej. - Koń! (W dalszym ciągu nie prostuję jeszcze żadnej z jej wypowiedzi). - A dziecko jak się nazywa? - Kucyk!!! (w tym momencie uznję, że muszę zareagować).

- Nie, kochanie, kucyk to też koń, tylko taki mały - on już większy nie urośnie. To taka specjalna rasa.

- Nie, mamusiu, dziecko konika (???????????!!!!!!!!!!!!) nazywa się kucyk!

- A ja wiem, że inaczej. Pomyśl chwilkę, a ja Ci może trochę podpowiem. Źreee...

- Źrekucyk!!! Ale on mamusiu nie źre, tylko pije mleczko od swojej mamy...

Najmłodsza poza kilkoma prostymi słowami jeszcze nie mówi, na razie potrafi tylko po swojemu naśladować dźwięki, jakie wydają zwierzęta, ale ksiązeczkę przyjęła z entuzjazmem. Ja też, bo biorąc pod uwagę niszczycielskie zapędy mojej córci ("czyta" jak... tornado?), nie będzie mi szkoda, jak ją podrze. Książeczki nie oceniam, jako wartościową - ilustracje zbyt realne, wszystko podane "na talerzu", ale do samodzielnego obcowania z książką - w sam raz. Te cenniejsze pozycje z naszej domowej dziecęcej biblioteczki ulokowałyśmy na wyższych półkach i pilnujemy, żeby razem z nią je oglądać - jak zostanie sama, zawsze urwie kawałek strony. I co ciekawe - nie "ruszają" jej nasze dorosłe książki, tych nie wyciąga z półek, a już mój regał ze słownikami omija szerokim łukiem. Czyżby miała awersję do języków obcych?

środa, 28 stycznia 2009, katja126

Polecane wpisy

  • Z Kulmowej się nie wyrasta... cz.2

    Musiałam zrobić drugi wpis na temat wierszy pani Kulmowej, bo w poprzednim nie wszystko się zmieściło (nawet nie wiedziałam, że wpis może mieć jakąś ograniczoną

  • Z Kulmowej się nie wyrasta... cz.1

    ... i ja jestem tego żywym dowodem. To taka miłość na całe życie. I od pierwszego wejrzenia. Byłyśmy w zeszłym tygodniu ze Straszomłodszą w bibliotece i w ręce

  • Niedzielny piknik

    Piknik o poranku w ostatnią niedzielę października? Tak, to możliwe - u nas to spotkanie włóżku z książkami przy porannej kawce, herbatce i butelce mleka - co t

Komentarze
karolina.ja
2009/01/29 17:39:37
A to brzydactwo ją interesuje, czy również ma awersję?

A ja się z tego paska obok dowiaduję, że jestem z Częstochowy,ciekawe rzeczy... Raz byłam w Częstochowie.
-
2009/01/30 08:42:57
To brzydactwo nie wzbudza jej zachwytu, ot taka podróbka książki - na razie leży i Najmłodsza nawet nie ma zamiaru oglądać jej swoim sposobem, czyli podrzeć. Nie zdziwiłabym się, jakby to brzydactwo uchowało się w całości - bo nieużywane.
-
karolina.ja
2009/01/30 22:48:43
Niszczy tylko to co piękne - rzadka forma komplementu. ;) Chociaż z drugiej strony moje ulubione książki też można poznać po ich zużyciu.
darmowe liczniki